glownachomikmapatrocinytags
GKS Katowice - Zagłębie Sosnowiec 3:2 (0:2)
22.08.2021 12:45
Stadion GKS Katowice
Fortuna 1. Liga
Widzów: 3.593
Cena biletu: 20 PLN (Normalny, Trybuna Główna)
       

Inaczej niż ś.p. Wodecki, sam nie za bardzo lubię wracać - skoro założyłem stronę internetową na temat swoich podróży, to raczej jestem typem pragmatycznego turysty zorientowanego na odhaczanie, zaliczanie, odznaczanie, a nie na przeżywanie. Ale tym razem mecze w regionie rozłożyły się tak, że miałem do wyboru powrót do domu, albo rewizytę w Katowicach; wybrałem to drugie i nie żałuję.

Dotarcie na mecz
 

Po nadspodziewanie dobrym 0:0 w Chorzowie, a następnie noclegu w tym mieście, wybrałem się o 10:20 pociągiem Kolei Śląskich relacji S8 (Kluczbork - Katowice) ze stacji Chorzów Batory do stacji Katowice (już bez sufiksów). Na dobrze znanym mi już dworcu udałem się w stronę skrytek bagażowych, gdzie przechowałem swój plecak. Po prostu pamiętałem, że ze względów bezpieczeństwa na stadionie Gieksy nie jest prowadzona sprzedaż kubków, a więc tym bardziej nikt by mnie tam nie wpuścił z kubkiem GKS-u Jastrzębie... a już w ogóle nie z kubiem znienawidzonego Ruchu.

Z racji tego, że do meczu były jakieś dwie godziny, postanowiłem trochę pozwiedzać Katowice (ostatni raz, kiedy tu byłem, przemknąłem jedynie na trasie dworzec - hostel - stadion). Pierwszym obowiązkowym punktem był... zostanę uznany prawdopodbobnie za dewianta, ale pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to słynny przystanek na Mickiewicza, gdzie pewna młoda Katowiczanka została rozjechana przez autobus - i chyba nie za bardzo zdziwiłem się faktem, że przystanek na Mickiewicza okazał się znajdować jakieś 200 metrów od dworca (okolice dworca w Katowicach to dość patologiczne rewiry; co prawda słynna Basia z Katowic nie podlegała pod definicję patologii, ale jeśli ktoś miał zostać rozjechany przez autobus, no to chyba tylko tam).

Dopiero po tym jak zrobiłem obowiązkowe zdjęcia przystanku przypomniałem sobie, że w Katowicach znajduje się chyba Katowicki Spodek, czyli świątynia polskiej siatkówki (ja to jednak mam priorytety). Co prawda Chomik jest Piłkarski, a nie Siatkarski, ale z szacunku do dyscypliny, w której Polacy są dobrzy (i to naprawdę zajebiście dobrzy), zboczyłem ze swojej trasy i postanowiłem pójść obejrzeć ze wszystkich stron arcydzieło PRL-owsko-Lemowskiej architektury.

A przy okazji - nigdy nie zwróciłem na to uwagi, ale w Polsce przy wjazdach na osiedla często znajdują się standardowe znaki drogowe podpisane nie inaczej niż Strefa ruchu. Chyba nikogo nie zdziwi, że był to najczęściej dewastowany znak w Katowicach...

Stadion
 

Stadion na Bukowej. W momencie wybudowania chyba najnowocześniejszy obiekt w Polsce (w latach 90. trzy razy grała tu reprezentacja narodowa) i jeden z niewielu wtedy stadionów stricte piłkarskich, bez bieżni i różnych udziwnień; obecnie dość archaiczny, ale nadal ma swój urok. Składa się on z dwóch pięknych, kanciastych trybun (Głowna, oraz znajdująca się vis-a-vis niej trybuna nosząca rozczulającą nazwę Blaszok; jest też oczywiście i znajdujący się za zachodnią bramką sektor gości, ale nie ma tam nic ciekawego). Na tyłach Trybuny Głównej znajdują się równie piękne, kanciaste schody, prowadzące na poszczególne sektory.

Ogólnie obiekt nie uległ istotnym zmianom od lat 90., a więc tym bardziej nie uległ zmianom względem poprzedniej relacji, którą opublikowałem 4 lata temu. Trybuny są tak samo piękne oraz strome i kanciaste niczym w grach developowanych w drugiej połowie lat 90. (swoją drogą, już trzeci raz użyłem słowa kanciaste). Jeśli więc ktoś pożąda opisu stadionu GieKSy, może skorzystać z załączonego w tym akapicie linka.

W związku z pandemicznymi obostrzeniami, zamiast prawilnego zakupu biletu w kasie ponownie zdecydowałem się na bilet postaci pliku PDF i zakup przez Internet (nie jest to prawdopodobnie zbyt duża strata, bo w 2017 roku bilety kupowane w kasie wyglądały jak gówniane paragony). Bardzo zasmucający był dla mnie fakt, że Katowiczanie zrezygnowali z 1000%-analogowej tablicy wyników (której zasada działania polegała na tym, że po każdej zmianie wyniku wspinał się na nią człowiek, który wymieniał odpowiednią tabliczkę z cyfrą) na rzecz totalnie standardowego wyświetlacza.

Atmosfera
 

W razie gdyby ktoś nie wiedział - mecz miał odpowiednią atmosferę ze względu na odwieczne animozje pomiędzy Zagłębiem Sosnowieckim (które totalnie odżegnuje się od Ślaska) a Górnym Śląskiem (który totalnie odżegnuje się od Zagłębia). Kibice Zagłębia reklamują się jako Łowcy Hanysów, z kolei kibice m.in. GKS-u Katowice reklamują się jako Łowcy Goroli. I w sumie naprawdę szkoda, że kibice gości nie pojawili się na tym meczu (chyba wojewoda śląski maczał w tym palce) - ale i tak było ciekawie.

Kiedy tylko na murawie pojawili się gracze Zagłębia (a to był jak na razie tylko przedmeczowy trening), z trybun przez dłuższy czas leciało gromkie WYPIERDALAĆ! oraz JAZDA Z KURWAMI!. Nie dziwię się, że na stadionie nie prowadzono sprzedaży kubków (kupiłem sobie chyba jedynie smycz), ponieważ gdyby tylko te były dostępne w drewnianej budce Strefy GieKSy, któryś z piłkarzy Zagłębia niechybnie dostałby jednym z nich głowę - i to z pikniku.

Najciekawszym elementem kibicowskim w trakcie meczu była na pewno oprawa na Blaszoku - mniej więcej po upływie pierwszego kwadransa meczu rozwinęli wielką oprawę przedstawiającą dwóch kierowców stojących w korku oraz transparent JAK WAM W RYJU, GŁUPIE KMIOTY - STOJĄC W KORKU DO ROBOTY?, a każdy z kibiców wyciągnął w górę A3 z przekreślonym herbem Zagłębia (dobrze, że nie był przekreślony i odwrócony, bo podwójne zaprzeczenie byłoby aktem aprobaty) i zaintonował hicior, który śpiewał cały stadion (zarówno młyn jak i piknik) mniej więcej przez 10 minut: Jebaaaać, jebać Zagłębie! (w rytmie Go West! Pet Shop Boys). Z innych bluzgów, śpiewano tradycyjnie Jazda z kurwami, a raz czy dwa obrażano największą zgodę Zagłębia, odśpiewując Legia to stara kurwa....

Nie tylko bluzgami człowiek żyje - Młyn poza tym zapodawał też pozytywne piosenki, wspierające GKS. Były to między innymi takie rzeczy jak: Obiecałaś mi na pewno..., czy też Za Górny Śląsk, za GKS, pójdziemy aż po życia kres..., ale też bardziej chwytliwe i bardziej oryginalne rzeczy, takie jak:

Naprzód GieKSiarze, ambicja każe
wygrać dziś ten mecz, bo to święta rzecz!


Jeden jest tylko klub
godny miłości mej!
Śląska Królowej, GieKSie ukochanej
będę wierny aż po śmierć!

Kiedy wracałem już ze stadionu, poznałem jeszcze jedną piosenkę, która dobiegała z wypełnionego kibicami GieKSy wesołego tramwaju - kibice śpiewali gromko piosenkę: Bo Mysłowice, Mysłowice, Mysłowice są od tego! Żeby jebać je, żeby jebać je, żeby jebać je na całego! (kolejna rzecz do zapisania w notesiku - Górnik Mysłowice naprawdę nie lubi się z GKS-em Katowice).

Mecz
 

Przebieg meczu był jak żywcem wyjęty z amerykańskiego filmu familijnego, w którym GKS to byli ci dobrzy, a Zagłębie ci źli. GKS grał ogólnie nieco lepiej, miał tzw. optyczną przewagę, ale to Zagłębie w 26. minucie stanęło przed naprawdę dobrą szansą - Denis Gojny zagrał do Patryka Bryły, a ten został wycięty w polu karnym przez Arka Jędrycha. Sędzia naprawdę nie miał innego wyjścia niż wskazać na wapno - tu jeszcze nie było kontrowersji.

Mega kontrowersyjny był za to sam przebieg rzutu karnego. Dominik Kudła obronił bowiem strzał Szymona Sobczaka - przy czym, piłka przeturlała się pod jego pachą i bramkarz GieKSy wygarnął ją naprawdę w ostatniej chwili, zanim ta przekroczyła pełnym obrysem linię bramkową. Ale czy na pewno zdążył ją wygarnąć? Analiza VAR trwała naprawdę cholernie długo, aż w końcu w jej wyniku sędzia Sulikowski... wskazał ponownie na wapno. Kibice byli na tyle wkurwieni, a decyzja była uznawana za tak przekręconą, że z pikniku leciały komentarze, jakoby była to reasumpcja. W każdym razie, sędziowie na VAR prawdopodobnie uznali, że Kudła przed interwencją oderwał się obiema nogami od linii bramkowej, stąd karny musiał być powtórzony (bądźmy konsekwentni - gdzie w takim razie żółta kartka dla Kudły? choć przyznam, że ten przepis mógł być niedawno skorygowany). Powtórzonego karnego pewnie wykonał Ambrosiewicz, który wyprowadził gości na prowadzenie. Tuż przed końcowym gwizdkiem na 0:2 strzałem sprzed pola karnego podwyższył wynik Szumilas - tym razem kontrowersji nie było, chyba że za taką należy uznać bierną postawę obrońców GKS-u.

Jak na amerykański film familijny przystało, drużyna, z którą utożsamiają się widzowie, została najpierw pokrzywdzona przez złego sędziego, a potem jeszcze dostała gola do szatni. W szatni przypomnieli sobie jednak, że kciuki trzyma za nich całe hospicjum, właścicielka upadającej lodziarni i ten dziwny woźny z college'u, z którym nikt nie chce rozmawiać, ale tak naprawdę jest bardzo sympatyczny. To sprawiło, że drużyna wyszła na drugą połowę totalnie odmieniona, gotowa, żeby wygrać ten mecz. W 53. minucie po dośrodkowaniu Sanockiego kontaktowego gola zdobył nabiegający legendarny Arkadiusz Woźniak, a w 62. minucie GKS wyprowadził bardzo przytomną kontrę - Filip Szymczak po ograniu paru piłkarzy gości (niczym na podwórku) wrzucił do Woźniaka, ten zagrał wzdłuż linii bramkowej - a Szymczak zdążył nabiec i zdobyć wyrównującego gola.

Od tego momentu gra była dość wyrównana, Zagłębie też miało swoje akcje (wydaje mi się, że pamiętam jakiś słupek albo poprzeczkę Sosnowiczan - nie notowałem tego typu rzeczy, sądząc, że sobie to potem doczytam w jakiejś relacji) i gdyby skońćzyło się remisem, nikt nie miałby prawa być rozczarowany. No, ale skoro miało być jak w filmie familijnym - gospodarze musieli ostatecznie wygrać, a wynik meczu powinien przesądzić zawodnik wprowadzony w przerwie meczu. W 81. minucie Urynowicz przejął źle wybitą z pola bramkowego Zagłębia piłkę i mocnym strzałem z bliska pokonał Kamila Bielikowa. Podsumowując: GKS w meczu ze znienawidzonym rywalem przegrywał już 0:2 (w tym po dość kontrowersyjnym karnym), by w drugiej połowie strzelić 3 gole - to chyba dużo bardziej satysfakcjonujące niż gładkie zwycięstwo, to jest, jak określiłby to kolega K. - nasrane do mordy!.

next  prev