glownachomikmapatrocinytags
Motor Lublin - Wiślanie Jaśkowice 3:0 (2:0)
07.10.2017 18:00
Arena Lublin
3. liga, gr. IV
Widzów: 2.198 (?)
Cena biletu: 20 zł (normalny, sektor Premium, w dniu meczu)
       

Pozostajemy przy III lidze, grupie czwartej. Tym razem odwiedzamy wraz z bratem Arenę Lublin, aby zobaczyć, jak Władcy Wschodu kolejny sezon próbują wydostać się z trzecioligowego grajdołka i awansować na szczebel centralny.

Dotarcie na mecz
 

Dostaliśmy się na stację Świdnik Wschodni (albo Świdnik Wschód, różne źródła podają różne nazwy tej stacji), wsiedliśmy w pociąg Przewozów Regionalnych relacji Chełm – Lublin i po jakichś 12 minutach wysiedliśmy w centrum Lublina. Połączenie okazało się być w bardzo przystępnej cenie, ponieważ bilet normalny kosztuje zaledwie 3,50zł a ceny uczniowskiego zaś nie poznaliśmy, bo ktoś zapomniał podbić legitymację szkolną. Jadąc pociągiem mijaliśmy Stadion Miejski w Świdniku, gdzie od 15.00 Avia grała ze Stalą Rzeszów. Ze stadionu niósł się doping, dojrzeliśmy gości z flagami w sektorze i tablicę wyników, która w 73. minucie pokazywała wynik 1:0 dla gospodarzy. Trochę żałowaliśmy, ale chyba i tak nie dałoby się logistycznie połączyć obydwu meczów.

Będąc w Lublinie, najpierw skręciliśmy z dworca w stronę nieco schowanego piętrowego budynku, gdzie mieści się Sklep Kibica – i to taki prawilny, prowadzony przez kibiców (z ich rozmów dowiedzieliśmy się m.in., że Avia nie dociągnęła prowadzenia do końca i mecz skończył się wynikiem 1:1). Zakupiliśmy tam obowiązkowy kubek, naszywkę-herb Motoru oraz breloczek, do czego dostaliśmy gratis pakiet vlepek (pomimo naszej piknikowej prezencji, połowa z nich to były vlepki „PDW”). Następnie zahaczyliśmy jeszcze o spożywczaka, gdzie nabyliśmy oficjalne energetyki Motoru (2zł za puszkę, z czego i tak część idzie na wsparcie Motoru – jak można się domyślić, ich smak nie był zbyt ekskluzywny) i skierowaliśmy się w stronę Areny Lublin.

Stadion
 

Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale bywaliśmy już na Arenie Lublin, ale Motor widzieliśmy dopiero po raz pierwszy. W zeszłym sezonie odwiedziliśmy bowiem z bratem Arenę w sumie 5 razy, by oglądać tam ekstraklasowe pikniki z Górnikiem Łęczna. Być może nie jest to specjalnie chwalebne, ale dzięki temu mój brat zaczął się interesować polską i teraz jest np. skłonny poświęcić pół dnia, aby wybrać się ze mną na mecz trzeciej ligi.

Znamy więc Arenę całkiem dobrze i tym razem postanowiliśmy nieco się szarpnąć i zobaczyć mecz w komfortowych warunkach. Pomimo tego, że mogliśmy skorzystać zarówno z pakietów na sektor rodzinny (i kombinować z biletem dziecko-opiekun), jak i z oferty dla debiutantów, którzy płacili za bilet na swój pierwszy mecz 5zł, zdecydowaliśmy się wybrać na VIP-y. A w zasadzie prawie na VIP-y, bo na sektor Premium. W przeciwieństwie do prawdziwych VIP-ów, nie mieliśmy dostępu do loży, poczęstunku i eleganckich kartek ze składami, ale za to miękkość siedzeń była ta sama. Sektor VIP był oddzielony od sektora Premium przy pomocy czerwonej taśmy na słupkach.

Arena Lublin to stadion o pojemności 15,500 widzów, dość wygodny, funkcjonalny, oczywiście cały zadaszony. Chyba każdy, kto w zeszłym sezonie oglądał Lotto Ekstraklasę, zaznajomił się dobrze z niebiesko-granatowym wzorem krzesełek, które z reguły nie były zasłaniane przez nadmiar widzów. Na stadionie znajdują się dwa duże telebimy, na których nie jest wyświetlane nic poza wynikiem meczu oraz reklam. Wokół stadionu znajduje się całkiem duży parking, na którym po każdym meczu ma miejsce totalny paraliż, ponieważ wyjeżdżającym z parkingu nie jest zbyt łatwo włączyć się do miejskiego ruchu. Plusem komunikacyjnym stadionu jest z kolei fakt, że znajduje się on w odległości kilku minut spacerem od Dworca Głównego.

Atmosfera
 

Aby dobrze zrozumieć dzisiejsze wydarzenia, należy najpierw napisać dwa słowa o poprzednim meczu Motoru, który został rozegrany w Oświęcimiu, z tamtejszą Sołą (również drużyna z czołówki). W przypadku zwycięstwa, Motor zostałby liderem tabeli. Jednak się to nie udało, ponieważ przegrał… 0:6. Kibice Motoru poczuli się zdradzeni (szczególnie tych 170, którzy pofatygowali się do Oświęcimia osobiście) i oskarżyli piłkarzy o totalny brak ambicji, a ponadto tu i tam zaczęły szerzyć się różne teorie spiskowe.

„Chodź, chodź, zobaczysz w końcu doping na Arenie, będzie fajnie” – takimi mniej więcej słowami zachęcałem brata do wzięcia udziału w dzisiejszym spektaklu. Zamiast dopingu zobaczyliśmy na Arenie protest kibicowski. Brat nie był pod wielkim wrażeniem, ponieważ już jeden protest na Arenie widzieliśmy (Górnik Łęczna – Piast Gliwice). Młyn był dziś mocno przerzedzony, a wszyscy oglądali mecz w atmosferze ciszy i spokoju. Kibice nie zaintonowali ani jednego hasła: nie było pozdrawiania zgód ani braci zza krat, nie było jednak również żadnych przyśpiewek wyrażających dezaprobatę. Po prostu tego dnia nie było nic – na trybunie południowej pojawiły się jedynie dwa płótna – na pierwszym było napisane „MOTOR TO WIĘCEJ NIŻ KLUB”, a na drugim „MACIE WYJEBANE, TO NIE BĘDZIE NIC ŚPIEWANE”. Na pikniku również nie prowadzono żadnego dopingu – prowadzono dyskusje, czasami ktoś coś krzyknął w stronę boiska („co jest, IQ wam spadło?!”), czasami zagwizdał, ale nie miało to żadnych znamion dopingu. Potrafiono jednak docenić dobre zagrania graczy w żółtych koszulkach i mimo wszystko nagradzano je brawami. No i cieszono się z bramek, ale w granicach dopuszczalnych przez bojkot. Według oficjalnych informacji, dzisiejszy mecz obserwowało z trybun 2198 widzów, ale nie wiem, czy ta liczba nie była odrobinę zawyżona.

A w przerwie wybraliśmy się na stoisko gastronomiczne, gdzie nasyciliśmy się niezbyt dobrymi hot-dogami (7zł za sztukę) i kubkiem herbaty Lipton (4zł).

Co ciekawe, będzie w tym poście również o gościach. Z całym szacunkiem do drużyny Wiślan, nie spodziewałem się, że z podkrakowskiej wsi Jaśkowice przyjedzie do Lublina jakieś 40-50 kibiców. W pierwszej połowie zasiedli oni na jednej z piknikowych trybun gospodarzy, ale w drugiej pojawili się już w klatce gości. Nie mieli oni ze sobą żadnej flagi, za to mieli trochę barw w postaci szalików i koszulek. Prowadzili doping o niezbyt dużej sile (dominowały tony głosu osób w wieku licealnym), ale dzisiejszego dnia dość dobrze słyszalny ze względu na bojkot na Arenie. Mieli dość standardowy arsenał przyśpiewek w stylu „jesteśmy zawsze tam...”, „tylko zwycięstwo”, „jesteśmy z Wami”, a w momencie, gdy mieli pretensje do sędziego (być może częściowo uzasadnione, ale jak dla mnie nie był on stronniczy), zaśpiewali również „PZPN, PZPN…”. Pod koniec dzisiejszego dość jednostronnego spotkania śpiewali również „czy wygrywasz, czy nie...”,„chuj z wynikami, Wiślanie, jesteśmy z Wami!” a po meczu krzyczeli do piłkarzy „chodźcie do nas!” – ci zaś udali się pod klatkę gości, aby podziękować za doping i samemu również odebrać podziękowania za ambitną walkę. Wszystko było OK, tyle że osobiście śmieszyło mnie, kiedy kibice Wiślan śpiewali o Motorze „po co wy gracie, jak wy kibiców nie macie”. Serio?

Mecz
 

Przed meczem spiker straszył widzów drużyną gości, która w swoim debiutanckim meczu w III lidze pechowo przegrała u siebie ze Stalą Rzeszów, a w dalszych dziewięciu meczach zaliczyła już 4 zwycięstwa i 5 remisów (przy okazji zwrócił uwagę na fakt, że w kadrze meczowej Wiślan było bodajże czterech piłkarzy o nazwisku Morawski). Stąd, mocno zaskoczył mnie fakt, że Motor wyszedł na prowadzenie już w pierwszej minucie. W polu karnym bardzo dobrą piłkę dostał Majkowski, który wystawił ją do Kaczmarka (wyglądało to, jakby Majkowski zamierzał strzelać, ale źle przyjął piłkę, dlatego postanowił ją odegrać), a ten strzałem z kilku metrów pokonał Sebastiana Ropka. Pomimo szybko straconej bramki, Wiślanie wyglądali całkiem nieźle i przeprowadzali szybkie ataki, grając długie piłki. W pierwszych minutach meczu mieli też znakomitą okazję, kiedy strzał z rzutu wolnego odbił na poprzeczkę bramkarz Motoru Paweł Socha (po kompromitacji w Oświęcimiu Sasal zostawił na ławce Otczenaszenkę, choć ten akurat był najmniej winiony za wynik meczu). W 13. minucie w sytuacji sam na sam z bramkarzem Wiślan znalazł się Dmytro Koźban, ale po jego strzale w długi róg piłka trafiła w słupek i potoczyła się wzdłuż linii bramkowej. Ten sam zawodnik w 28. minucie znów znalazł się w sytuacji sam na sam, ale tym razem lepszy od niego okazał się Ropek i skończyło się na rzucie rożnym. A w 36. minucie były napastnik Wołynia Łuck skompletował hat-tricka spieprzonych sytuacji, ponieważ tym razem trafił głową w drugi ze słupków bramki. Kilku zawodników z obydwu drużyn rzuciło się na piłkę, która znalazła się w odległości metra od pustej bramki, a po krótkiej kopaninie obrońca gości wyjaśnił sytuację lagą na aut.

W międzyczasie Wiślanie mieli swoje sytuacje, ale nie tak dobre jak Motor, który zasłużenie prowadził. Wiślanie grali głównie długą piłką, za którą często nie nadążali obrońcy Motoru. Kilka spośród tych akcji (w jednej z nich napastnik Wiślan wychodził już w sam na sam z Sochą) zakończyło się odgwizdaniem spalonego, przy czym nie mam pewności, że liniowy za każdym razem miał rację. Pod koniec pierwszej połowy Motor podwyższył na 2:0 po strzale w długi róg Kamila Oziemczuka (napastnika, który w CV ma jedynie Motor, Górnika Łęczna, Avię Świdnik, Orlęta Radzyń Podlaski i… AJ Auxerre).

W drugiej połowie z Wiślan wyraźnie zeszło powietrze, a Motor dość nieudolnie próbował ich dobić. W 63. minucie wprowadzony za Koźbana Konrad Nowak minął w sytuacji sam na sam bramkarza Wiślan, jednak nie zdążył oddać strzału, ponieważ ubiegł go obrońca. Nowak jeszcze parę razy dostawał dobre podania na dobieg, jednak ostatecznie zakończył ten mecz bez bramki. Motor w końcu jednak wcisnął trzeciego gola – któryś z graczy Motoru przedłużył głową dośrodkowanie z kornera, a piłkę z najbliższej odległości do bramki wbił zmiennik Dawid Dzięgielewski.

W 86. minucie goście mieli szansę na honorowego gola, ale po koronkowej akcji w polu karnym trafili jedynie w słupek.

next  prev