 |
Hansa Rostock - SV Sandhausen 1:0 (1:0)
07.12.2024 14:00
Ostseestadion Rostock
3. Fußball-Liga
Widzów:
22.000
Cena biletu:
35 (Tribune Ost)
| |
Prawdziwa DDR-owska wycieczka nie może się obyć bez meczu prawdziwego DDR-owskiego klubu, jakim niewątpliwie jest Hansa Rostock.
| | Dotarcie na mecz |
    |
    |
Jak wierni fani Chomika zapewne pamiętają, poprzedni dzień spędziłem we Frankfurcie nad Odrą, gdzie miał miejsce totalny niewypał, bo chyba tak należy ocenić odwołanie meczu miejscowego Vorwärts 1.FC. Był to jednak zaledwie mecz Brandenburgligi (6. poziom rozgrywkowy i jak sama jej nazwa wskazuje, liga landowa), stąd do Rostocku jechałem w miarę spokojny - 3. Liga to jednak zbyt wysoki poziom, żeby odwoływać mecz ze względu na warunki pogodowe. Z samego rana wyruszyłem ze swojego hotelu na stację Frankfurt (Oder) Hbf, skąd o 7:26 odjeżdżał pociąg do stacji Brandenburg Hbf. Oho, tutaj chyba należy zrobić pauzę i powiedzieć coś o dobrodziejstwach tzw. Deutschlandticket.
Właśnie dzięki temu biletowi przez cały weekend mogłem swobodnie poruszać się po całych Niemczech. Bilet ten jest dość problematyczny w zakupie (musiałem zakupić go poprzez aplikację HVV, czyli... transportu miejskiego w Hamburgu, choć podczas mojej wycieczki nawet nie zahaczyłem o to miasto) i funkcjonuje on w formie jakiegoś dziwnego abonamentu, z którego należy odpowiednio szybko zrezygnować, żeby czasem nie prolongować go na kolejny miesiąc. Ale warto było się trochę pomęczyć, bo za jedyne 49 miesięcznie(choć od stycznia 2025 podobno już za 58) można podróżować bez limitu po całych Niemczech regionalnymi pociągami 2. klasy. Dość powiedzieć, że wystarczyło, że podróżowałem Deutsche Bahn... przez dwa dni, żeby bilet zwrócił mi się z nawiązką. Tyle że biorąc pod uwagę, że obowiązuje on tylko w pociągach regionalnych, musiałem się trochę pomęczyć zanim dotarłem do Rostocku.
Jak już wspominałem, swoją podróż zacząłem od stacji Frankfurt (Oder) Hbf, skąd o 7:26 odjeżdżał pociąg w kierunku Brandenburg Hbf. O godzinie 8:23 wysiadłem na stacji Berlin Ostkreuz, gdzie miałem 14 minut na przesiadkę. W przeszłości miałem pewne problemy, żeby odnaleźć się na Ostkreuz, bo układ stacji jest dość nieintuicyjny, jednak tym razem zachowałem spokój i po prostu kierowałem się znakami (w sumie, to chyba zawsze należy tak robić). Dzięki tej oryginalnej taktyce już po paru minutach dotarłem na bardzo nietypowo położony peron, skąd o 8:37 odjeżdżał kolejny pociąg, tym razem do Oranienburga. W Oranienburgu byliśmy o czasie, czyli o 9:09, a 7 minut później ze stacji odjeżdżał pociąg do stacji Rostock Hbf. Na peronie należało również zachować spokój i zignorować odjeżdżający zaledwie parę minut wcześniej inny pociąg do Rostocku (był to pociąg dalekobieżny, w którym Deutschlandticket nie obowiązywał), po którym dopiero pojawił się ten właściwy. Mniej więcej o godzinie 11:20 dojechałem na stację Rostock Hbf, skąd udałem się pieszo w stronę Ostseestadion, po drodze podziwiając piękne DDR-owskie krajobrazy.
Przy okazji, chyba dość nietypowo napiszę w tej sekcji również o tym, jak wyglądał mój powrót z meczu. Po meczu pospacerowałem nieco po Rostocku (jak na razie nie będę pisał o pewnej kontuzji, której wówczas doznałem, ponieważ jest to konsekwencją wydarzeń, o których będę pisał dopiero w kolejnych sekcjach), a następnie skorzystałem z wielkich możliwości, jakie dawał mi Deutschlandticket i pojechałem do oddalonego o około 40-50 minut jazdy pociągiem miasteczka Güstrow. Ceny noclegów w Rostocku były niestety horrendalne, stąd stwierdziłem, że lepiej jest przenocować w jakimś tańszym mieście, skoro podróżowanie po Niemczech i tak było dla mnie darmowe. A tak swoją drogą, Güstrow to wspaniałe i spokojne miasteczko.
| | Stadion |
    |
    |
Ostseestadion (tłumacząc na polski: Stadion Bałtycki ) to całkiem fajny obiekt, choć oczywiście nie wytrzymuje on porównania z nowoczesnymi obiektami na zachodzie RFN. Oficjalna pojemność stadionu to 29.000 miejsc, wliczając miejsca siedzące i stojące. W przypadku zamontowania tymczasowych krzesełek na sektorach stojących pojemność obiektu spada podobno do ok. 25.000 miejsc (przy czym, gdy byłem na stadionie, wydawało mi się, że sektory stojące znajdują się jedynie w trzech rogach stadionu, stąd przyznam, że nie wiem skąd bierze się aż 4 tysiące różnicy).
Stadion ma kilka smaczków, które nadają mu oldschoolowości - jest on dość kanciasty , a metalowy dach położony dość dość nisko i wsparty jest na wielu filarach, które zapewne przesłaniają niektórym kibicom widok. Na stadionie znajdują się też cztery maszty oświetleniowe - choć bardziej zasadne byłoby stwierdzenie, że znajdują się one poza stadionem - są to skomplikowane konstrukcje o znacznym nachyleniu, których punkty podparcia położone są jakieś kilka-kilkanaście metrów za fasadą stadionu. W każdym razie, są to chyba najpiękniejsze maszty oświetleniowe jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać.
Inną ciekawostką jest znajdujący się na stadionie sklep klubowy Hansy Rostock - jest on dosyć nietypowy, ponieważ wszystko znajduje się za przeszklonymi witrynami lub też na półkach znajdujących się poza zasięgiem odwiedzających. Mówiąc wprost - nie ma tutaj żadnego elementu samoobsługi i o wszystko należy prosić przy kasie (co było pewnym problemem ze względu na barierę językową). Ostatecznie kupiłem sobie w nim ładnie wyglądający szalik oraz równie ładnie wyglądający kubek (na wszelki wypadek kubek kupiłem dopiero po meczu, ponieważ zapewne nie zostałbym z nim wpuszczony na imprezę). Choć mam wrażenie, że każdy gadżet, który ma na sobie herb Hansy, z automatu wygląda ładnie.
| | Atmosfera |
    |
    |
Na samym początku muszę zaznaczyć, czym właściwie dla Niemców z byłego DDR-u jest Hansa Rostock. Otóż jest to... religia. Pierwszych kibiców w barwach Hansy widziałem już w Oranienburgu, czyli w linii prostej jakieś 160 kilometrów od Rostocku. Nasz pociąg zbierał fanów Hansy praktycznie na każdej stacji, a od miasta Güstrow pociąg był właściwie nabity fanami Hansy, którzy śpiewali głównie dziwaczną piosenkę o treści Eine Muh, eine Mäh, eine tette-rette-te (?). Kult otaczający Hansę wynika głównie z tego, że jest to jeden z niewielu klubów z dawnego DDR-u, który po zjednoczeniu Niemiec był jakoś w stanie dotrzymywać tempa kapitalistom z BRD (w latach 90. klub zajął dwukrotnie 6. miejsce w Bundeslidze). Hansa była więc jednym z niewielu powodów, dla których mieszkańcy landu Mecklenburg-Vorpommern mogli odczuwać dumę, ponieważ transformacja chyba dość mocno uderzyła w ten region pod względem gospodarczym. Możliwe też, że za kultowość Hansy odpowiada również fakt, że była ona ostatnim Mistrzem DDR - przy czym, status tego mistrzostwa jest skomplikowany, ponieważ zdobyła ona ten tytuł w 1991 roku, tak więc w momencie gdy DDR formalnie już nie istniał (choć mistrzowi ligi nadal przysługiwało miejsce w PEMK, z którego Hansa odpadła już w 1. rundzie po dwumeczu z Barceloną).
Na długo przed pierwszym gwizdkiem pod stadionem panowała atmosfera niemieckiego dnia meczowego. Rzesza (hehe) ludzi w klubowych barwach FCH kręciła się pod obiektem, racząc się piwem oraz wurstami. Po zakupie szalika w sklepie oraz odebraniu za dodatkową opłatą wydrukowanego biletu w kasie (swoją drogą, bilet był dosyć śmieszny, ponieważ poza napisem Ostseestadion chyba nigdzie nie było czegokolwiek, co wskazywałoby na Hansę - za to na środku znajdował się wielki na pół biletu napis SV Sandhausen ) udałem się na właściwy teren obiektu (za bramkami biletowymi). Tam zacząłem próbować różnego rodzaju niemieckie specjały stadionowe, ale o tym dopiero w kolejnych akapitach. Stadion powoli się zapełniał, a ja zidentyfikowałem w międzyczasie młyn gospodarzy, który był dość nietypowo ulokowany, bo w jednym z narożnych sektorów stojących (początkowo wziąłem go za sektor gości - w rzeczywistości ten znajdował się w innym narożniku). Jednak jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zwróciłem uwagę, że na znajdującej się naprzeciw rzekomego młynu trybunie zabramkowej (co prawda pokrytej krzesełkami) również widać oznaki, że to stamtąd będzie prowadzony doping. Wskazywała na to m.in. obecność gniazda jak i różnego rodzaju flag (z czego szczególnie spodobały mi się flaga Plattenbau , co jest niemieckim określeniem na wielką płytę oraz... flaga DDR). W trakcie meczu okazało się, że w sumie to miałem rację - obydwa sektory były sektorami dopingującymi i można powiedzieć, że na stadionie znajdowały się dwa młyny. Czasami te młyny ze sobą konkurowały, a czasami śpiewały coś wspólnie. Ze względu na barierę językową, nie jestem w stanie przytoczyć żadnych tekstów piosenek, poza jedną (raczej nieskomplikowaną), która była śpiewana w popularnym rytmie z Aidy : Oleeeee, Hansa FCH, Hansa FCH! Hansa FCH! FCH! FCH! FCH!
Może komuś uda się dopasować te słowa do rytmu i zrozumie jak to było wyśpiewywane. Sytuacja, w której na stadionie funkcjonują dwa odrębne młyny jest na pewno mocno nietypowa, ale nie było między nimi żadnych antagonizmów. Powiedziałbym, że na stadionie panowało socjalistyczne współzawodnictwo dopingu. Z innych rzeczy, w drugiej połowie na młynie na trybunie zabramkowej rozpoczęło się duże flagowisko.
Na stadionie w Rostocku miałem okazję spróbować ciekawych niemieckich specjałów stadionowych. Na obiekcie sprzedawano pyszne Fischbrötchen w cenie jedynie 4 za sztukę (jak na zagraniczne stadionowe jedzenie cena ta wydawała mi się bardzo uczciwa), a poza tym, można było zakupić również Glühwein, czyli grzane wino. Próbowałem wszystkich tych rzeczy, cały czas ćwicząc przy tym swój niemiecki - cieszyłem się, że w tym języku idzie mi coraz lepiej. Moje wrażenie było jednak mylne, bo w momencie okazało się, że... w jakiś sposób omyłkowo zamiast jednego kubka grzańca zamówiłem trzy. I co najgorsze, za alkohol zapłaciłem kartą, co spowodowało, że płatności nie dało się wycofać (a przynajmniej nie umiała tego zrobić obsługująca kasę dziewczyna w wieku szkolnym). Żeby rozwikłać ten problem, ustaliliśmy z kasjerką (oczywiście przeszedłem już na angielski), że... w takim razie będę miał tzw. open bar dopóki nie spożytkuję swojego kredytu . Wziąłem więc tylko jeden grzaniec, a kolejne odebrałem w przerwie meczu oraz po meczu. Z racji tego, że porcje były bardzo uczciwe (jedna porcja zawierała 300 ml trunku o konkretnym woltażu), oczywiście na meczu wstawiłem się konkretnie. O ile jednak na stadionie zachowałem fason (a nawet po meczu zaszedłem do sklepu gdzie kupiłem sobie kubek), o tyle podczas pomeczowego zwiedzania Rostocku spotkała mnie dość nieciekawa historia, która mogła być spowodowana spożytym przeze mnie alkoholem.
Po meczu postanowiłem obejrzeć lokalne zabytki, takie jak np. Kropeliner Tor, ale przede wszystkim przejść się Lange Straße, czyli główną, reprezentacyjną ulicą miasta. Na ulicy znajdowała się piękna DDR-owska architektura. Kiedy tak zmierzałem szybkim krokiem przez tę główną ulicę miasta i zacząłem patrzeć w mapę na telefonie, nie zwróciłem uwagi na fakt, że oświetlenie się mocno przerzedziło, za to na ulicy zaczęły pojawiać się czarne ławki (których chyba nie było na jej oświetlonych odcinkach). Skończyło się to tym, że w pełnym marszu władowałem się obydwoma kolanami w ławkę, przewracając się przy tym i odnosząc pomniejszą kontuzję. Zakwalifikowałem sobie ten epizod jako pijacką przygodę , choć mam wrażenie, że w takim miejscu ten wypadek mógłby przydarzyć mi się również na trzeźwo. Podsumowując - nachlasz się i naćpasz, a wypadek i tak się zdarzy.
| | Mecz |
    |
    |
Dzisiejszy mecz zapowiadał się jako dosyć wyrównany, ponieważ Hansa zajmowała 8. miejsce w 3. Lidze, a goście z Sandhausen 5. Wydaje się to trochę dziwne, że zespół z 12-tysięcznego miasteczka jest wyżej w tabeli niż taka marka jak Hansa, ale jeśli się przyjrzeć obydwu klubom nieco bliżej, wychodzi na to, że na dziesięć poprzednich sezonów goście z Sandhausen spędzili w 2. Bundeslidze dziewięć z nich, podczas gdy Hansa zaledwie trzy.
Z początku to goście robili dużo lepsze wrażenie, ponieważ to głównie oni wyprowadzali groźne akcje. W 7. minucie Stanislav Fehler (naprawdę tak miał na nazwisko) zbiegł z lewego skrzydła w pole karne i oddał strzał, który leciał jednak w środek bramki gospodarzy i Benjamin Uphoff nie miał problemu z jego odbiciem. Kilka minut później po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Niklasa Kreuzera poprawny strzał głową oddał Dominic Baumann, a Uphoff na wszelki wypadek odbił piłkę na róg. W 34. minucie Hansa wyprowadziła z kolei kontrę, która była kluczowa dla przebiegu meczu, choć wcale nie zakończyła się golem. Z prawego skrzydła w pole karne zgrywał Sigurd Haugen, jeden z obrońców gości podbił piłkę, a bramkarz gości Timo Königsmann odniósł dziwaczną kontuzję źle lądując po wyskoku do piłki. Po paru minutach zastąpi go rezerwowy bramkarz Dennis Gorka. W 41. minucie nierozgrzany Gorka przepuścił niezbyt trudny strzał w długi róg Nilsa Frölinga i na przerwę Hansa schodziła z jednobramkowym prowadzeniem.
W drugiej połowie Hansa raczej kontrolowała przebieg gry i strzeliła nawet kolejne dwa gole, choć akurat żaden z nich nie został uznany. Pierwszy padł na początku 2. połowy w wyniku katastrofalnego rozegrania wznowienia gry - jeden z obrońców zagrał z piątego metra do Gorki, a bramkarz Sandhausen przy próbie dalekiego zagrania... nie trafił nogą w piłkę. Futbolówkę przejął Christian Kinsombi i spokojnie wszedł z nią do bramki, jednak sędzia nie uznał tego gola, wskazując, że w momencie wznowienia gry Kinsombi wbiegał już w pole karne gości (patrząc na powtórki, nie jestem przekonany). Druga z nieuznanych bramek padła pod koniec drugiej połowy - jeden z graczy Hansy zagrał lagę z rzutu wolnego w kierunku pola karnego gości, piłkę zgrał głową Ryan Naderi, a Tim Krohn pokonał Gorkę strzałem po ziemi. Sędzia uznał jednak (tym razem już bez większych kontrowersji), że Naderi w pojedynku główkowym wygrał pozycję, odpychając obrońcę gości. Wynik nie ulegl już zmianie i Hansa bezpiecznie dociągnęła korzystny rezultat do końcowego gwizdka.
|
| |
| |
  
|
|