glownachomikmapatrocinytags
GKS Głuchołazy - Chemik Kędzierzyn-Koźle 1:2 (1:0)
18.05.2024 17:00
Stadion Miejski w Głuchołazach
Football World opolska klasa okręgowa, gr. II
Widzów: 150-200
Cena biletu: 10 zł (cegiełka)
               

Tym razem na Chomiku relacja z Miasta Orderu Uśmiechu, czyli z położonych na samym skraju Polski Głuchołaz. Niestety, jak się okazało, była to jedna z ostatnich okazji na meczing w Głuchołazach, bo zaledwie cztery miesiące później to ładne miasteczko zostało bardzo mocno zdewastowane przez powódź.

Dotarcie na mecz
 
 

Jak zapewnie wierni Czytelnicy Chomika kojarzą, ten dzień meczowy zaczął się od totalnego niewypału, kiedy to wybrałem się na mecz do Nysy, ale z kolei mecz wybrał się do oddalonego o 25 kilometrów Grodkowa. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że mogłem wybrać się do Głuchołaz nieco szybciej niż planowałem - a konkretnie o 14:20, kiedy to do Nysy miał przyjechać autobus relacji Wrocław - Prudnik przez Głuchołazy. Autobus spóźnił się o 7 minut - nie jest to oczywiście duże spóźnienie, ale niefortunnym zrządzeniem losu akurat o 14:20 nad Nysą przeszła kilkuminutowa ulewa. No cóż, jak nie idzie, to nie idzie. W każdym razie, w Głuchołazach byłem ok. godziny 15:00, co oznacza, że przed meczem miałem jeszcze trochę czasu na zwiedzenie miejscowości.

Przyznam, że Głuchołazy fascynowały mnie od dłuższego czasu - a konkretnie od kiedy mojego Tatę wzięło na wspomnienia i zaczął opowiadać o swoim pobycie w tej miejscowości w latach 80. na jakimś obozie. Z jego opowieści wynikało, że jest to miasto na końcu świata (zaledwie parę kilometrów od granicy polsko-czeskiej, czy też polsko-czechosłowackiej), w którym nie ma niczego ciekawego (choć trzeba wziąć poprawkę na to, że za PRL-u generalnie nie było niczego), a całokształtu dopełnia zresztą sama jego nazwa - Głuchołazy. Od tego czasu bardzo zapragnąłem tam dotrzeć i moja wizyta w opolskiem była ku temu doskonałą okazją.

Głuchołazy to było naprawdę urokliwe miasteczko. Centrum miasta składa się głównie z ładnych kolorowych poniemieckich kamieniczek, poza tym jest tu trochę zabytków (takich jak Wieża Bramy Górnej, czy kościół pw. św. Wawrzyńca) i są tu również elementy typowo uzdrowiskowe (pensjonaty, parki, ścieżki, jakaś tężnia solankowa). Poza tym, miasto ma naprawdę fajną symbolikę. W herbie miasta znajduje się czarna głowa kozła, co jest (chyba) nawiązaniem do niemieckiej nazwy miasta Ziegenhals (dosł. Kozia Szyja). Być może zainspirowało to w jakiś sposób samego Nietzschego, ponieważ w jego dziele Tako rzecze Zaratustra ukochane miasto Zaraturstry nazywało się Kozia Głowa (w każdym razie, na pewno zainspirowało to włodarzy klubu, którzy wrzucili tę kozią głowę do herbu klubu). Poza tym, w Głuchołazach w wielu miejscach można ujrzeć motyw Orderu Uśmiechu, ponieważ ten znak został zaprojektowany przez 9-latkę właśnie z tego miasta.

Przyznam, że mocno zasmucił mnie fakt, że takie ładne miasto zostalo mocno zniszczone przez powódź. Sam GKS Głuchołazy uruchomił zrzutkę na szeroko pojętą odbudowę klubu, którą również wsparłem pomniejszą kwotą (wśród wpłacających znajduje się też występujący w niniejszej relacji Chemik Kędzierzyn-Koźle, ale największą kwotę wpłacili niejacy Robert i Ania - wg doniesień medialnych chodzi o pewne małżeństwo zamieszkałe w Barcelonie).

Stadion
 
 

Stadion Miejski w Głuchołazach znajduje się niemal nad samą Białą Głuchołaską, przez co niestety został bardzo mocno zdewastowany przez wrześniową powódź (na zdjęciach dostępnych w Internecie woda sięgała prawie pod poprzeczkę). Niemniej, opiszę w niniejszej relacji stan obiektu z maja 2024. Stadion Miejski w Głuchołazach zgodnie z oficjalnymi danymi liczy ok. 500 miejsc siedzących, które są ulokowane na jednej trybunie prostej. Trybuna ta składa się z trzech rzędów niebieskich krzesełek, pośrodku objętych całkiem estetycznym zadaszeniem. Na skraju trybuny znajduje się również wydzielony sektor gości, jednak w dzisiejszym meczu nie był on wykorzystywany (co nie znaczy, że kibice gości się nie stawili).

Trybuny nie są zbyt wysokie, co jest nieco problematyczne, ponieważ obiekt w Głuchołazach jest stadionem lekkoatletycznym, a więc znajduje ię na nim obowiązkowa bieżnia. Powoduje to, że odległość trybuny od linii bocznej boiska to jakieś 16-17 metrów. Poza tym, na stadionie znajduje się treningowe sztuczne oświetlenie, tablica wyników (zaledwie poprawna, ponieważ wyświetlane na niej są jedynie wynik oraz czas, a zamiast customizowanych nazw drużyn znajdują się jedynie napisy GOSPODARZE - GOŚCIE) i niestety, sztuczna murawa. Co ciekawe, po zalaniu boiska sztuczna murawa musiała zostać usunięta (choć wydawałoby się na chłopski rozum, że sztuczna murawa nie powinna być podatna na tego typu kataklizm).

Atmosfera
 
 

Kiedy wchodziłem na stadion, byłem bardzo zadowolony, że kasa była otwarta i można było należało w niej zakupić bilet-cegiełkę na dzisiejszy mecz, dzięki czemu miałem już pierwszą materialną pamiątkę z Głuchołaz. Niestety, w ofercie okienka kasowego nie było żadnych gadżetów klubowych, stąd poza biletem jedyną moją pamiątką z Głuchołaz był plakat, który po meczu podkradłem z tablicy ogłoszeń pod Biedronką.

Dzisiejszy mecz zgromadził jakieś 100-150 kibiców gospodarzy. Jak na mecz okręgówki (mówimy o 6. poziomie rozgrywkowym) jest to całkiem przyzwoity wynik, ale generalnie ciężko mi napisać coś ciekawego o kibicach gospodarzy. Atmosfera była typowo piknikowa, nie było żadnego zorganizowanego dopingu (choć po golu dla GKS-u zanotowałem jeden zaśpiew Jeszcze jeden, jeszcze dwa, jeszcze tyle, ile się da), żadnych barw (to by tłumaczyło, dlaczego nie udało mi się nic ustrzelić w kasie stadionowej), żadnych flag, itp. Na szczęście ok. 15. minuty na stadionie pojawiła się grupa przyjezdnych kibiców z Kędzierzyna-Koźla, która uratowała niniejszą relację. Co ciekawe, nie zajęli oni miejsca w klatce dla gości, a umiejscowili się na skraju trybuny gospodarzy (który był ku temu odpowiednio przygotowany, ponieważ został profesjonalnie ogrodzony od reszty sektora paskiem biało-czerwonej taśmy). Kibice gości przybyli w liczbie ok. 50 i przywieźli jedną pomniejszą flagę o nieznanej mi treści (w każdym razie, chyba nie było na niej herbu klubu - a szkoda, bo to bardzo ładny emblemat), którą zawiesili na płocie.

Kibice gości zaczęli oczywiście od Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz Chemik gra..., po czym przez cały mecz prowadzili całkiem dobry doping. Z krótszych zaśpiewów zanotowałem takie rzeczy jak Chemik Kędzierzyn!, Chemik gol, Chemik gol..., Chemicy! Chemicy!, Kędzierzyn! Kędzierzyn!, Walczyć, grać, zapierdalać!, Chemiczni, psychiczni!, Zawsze wierni i oddani, przez Chemika wychowani!. Z dłuższych piosenek zanotowałem sobie jedną o dość standardowym brzmieniu, choć całkiem użyteczną dla kogoś, kto chciałby pozyskać informacje o kosach Chemika:

To my, fani Chemika, zna nas cała liga!
Za Chemik, za MKS, pójdziemy aż po życia kres!
Odra kurwa tak jest, jebać Górnik KS!

(dobrze, że żodyn nie wiedział, że w plecaku miałem szalik właśnie Górnika, który zakupiłem dzień wcześniej w Zabrzu) Poza szkalowaniem swoich kos, Chemik wielokrotnie pozdrawiał również swoją zgodę, a mianowicie Rakowa Częstochowa. Dla niewtajemniczonych mogło być to dosyć zabawne, że na meczu 6. klasy rozgrywkowej ktoś dopinguje aktualnego Mistrza Polski (choć aktualnego jeszcze tylko przez kilka dni), nadal mającego szansę na awans do europejskich pucharów. Ciekawa była również zgodowa piosenka, którą kibice Chemika wyśpiewywali z nietypową prędkością szacowaną przeze mnie na jakieś 15bpm:

Che!
Mi!
Cy!


Ra!
Co!
Via!

Pomiędzy kibicami gości a kibicami gospodarzy nie było żadnych spięć - jedynym elementem wprowadzającym na meczu trochę antagonizmu (choć raczej należałoby powiedzieć - trochę humoru) był jakiś starszy facet oglądający mecz zza płotu po drugiej stronie stadionu, który przedrzeźniał przyśpiewki kibiców gości wykrzykując różnego rodzaju inwektywy, co czasami wywoływało śmiech na pikniku a wszyscy śmiali się i dokazywali.

Mecz
 
 

Na 4 kolejki przed końcem sezonu sytuacja w opolskiej klasie okręgowej grupie II wyglądała następująco: GKS był viceliderem tabeli, z 9 punktami straty do liderującej Polonii Głubczyce (a więc ciągle z matematycznymi szansami na awans), z kolei Chemik nie grał już praktycznie o nic, ponieważ znajdował się na 5. miejscu, bez jakichkolwiek szans ani na awans, ani na spadek (w sumie, to Chemik grał już tylko o obronę swojej lokaty w lidze, bo nie miał już szans na zajęcia nawet 4. miejsca). Tak przy okazji, podczas przeglądania tabeli opolskiej klasy okręgowej grupy II wpadła mi w oko bardzo ciekawa drużyna, jaką jest LZS Chrząstowice. Bynajmniej nie jest to ta słynna drużyna rozsławiona przez portal Kartofliska (tamten klub nazywał się LZS Chrząstawa), a klub, który używa również alternatywnej nazwy 1.FC Chronstau. Jak na razie nie miałem okazji zobaczyć tej drużyny na żywo, ale kiedyś na pewno mi się uda, bo przyznam, że bardzo mnie ta niemiecka nazwa intryguje.

W każdym razie, powróćmy do meczu w Głuchołazach. Pierwsze minuty meczu były dość wyrównane. W 15. minucie w pole karne gospodarzy dynamicznie wpadł Kamil Rakowski, ale jego strzał był raczej podaniem do bramkarza GKS-u. Trzy minuty później pierwszą groźną szansę mieli z kolei gospodarze - po wrzucie z autu do piłki dopadł Krystian Lis, ale jego strzał z ostego kąta złapał bramkarz Chemika. W 20. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie, gdy wrzutkę z kornera wykończył strzałem głową Jakub Bydłowski - uderzona piłka trafiła po koźle przy długim słupku bramki strzeżonej przez Tobiasza Nikulę. W 25. minucie GKS miał kolejną niezłą sytuację, ponieważ Kamil Marszałek znalazł się praktycznie w sytuacji sam na sam z Nikulą, ale oddał strzał prosto do rąk bramkarza. W 34. minucie z kolei Mateusz Broniewski (bramkarz GKS-u) dobrze obronił strzał z krótkiego kąta, którego autorem był chyba Robert Garbas. I tak generalnie drużyny wymieniały akcję za akcję, ale najgroźniej było pod koniec pierwszej połowy, gdy drużyna z Głuchołaz miała rzut wolny z odległości jakichś 20 metrów od bramki gości. Z wolnego strzelał chyba Jurij Sondak (gospodarze mieli dość małe numery na koszulkach i nie zawsze mogłem wszystko dostrzec), ale Nikula bardzo dobrze przeniósł tę piłkę nad poprzeczkę. Na przerwę drużyny schodziły przy stanie 1:0 dla GKS-u.

W drugiej połowie lepiej wyglądali chyba piłkarze Chemika. W 62. minucie po wrzutce w pole karne Garbas oddał dobry strzał głową, ale piłka przeleciała minimalnie nad poprzeczką (otarła się nawet o siatkę). W 69. minucie po dobrej akcji Chemika Michael Burzan znalazł się z piłką praktycznie oko w oko z bramkarzem GKS-u, ale jego strzał w długi róg minimalnie minął bramkę gospodarzy. W 71. minucie pierwszą dobrą sytuację w 2. połowie mieli piłkarze GKS-u, kiedy w pole karne wpadł Szymon Drogosz, ale w ostatniej chwili piłkę spod jego nóg wybili obrońcy Chemika. Minutę później ten sam Drogosz przerwał w zabawny sposób kontrę Chemika poprzez uwieszenie się na przeciwniku i powalenie go niegroźnym chwytem zapaśniczym, za co otrzymał żółtą kartkę.

W ostatnim kwadransie meczu goście dopięli swego, ponieważ w przeciągu 4 minut wyprowadzili oni dwie kontry, dzięki którym wyszli na prowadzenie. W 77. minucie kontra Chemika została zakończona strzałem, który obronił Broniewski, jednak do piłki dopadł jeszcze Rakowski i dobił ją do bramki (pomimo asysty dwóch obrońców GKS-u). W 81. minucie kolejną kontrę Chemika wykończył strzałem w długi róg Patryk Ceglarek. Po tym golu GKS rzucił się do odrabiania strat, co zaowocowało paroma akcjami w doliczonym czasie gry. Najpierw świetną okazję miał Drogosz, który dostał piłkę w polu karnym, ograł dwóch obrońców Chemika i oddał strzał z 12 metrów, jednak totalnie niecelny (okazja była tak dobra, że po jej zmarnowaniu kibice gości zaczęli krzyczeć taki chuj, taki chuj, niczym po zmarnowanym karnym). Na sam koniec doliczonego czasu mieliśmy jeszcze dużą kotłowaninę w polu karnym gości, ale ostatecznie zakończyła się ona niecelnym strzałem nożycami jednego z graczy GKS-u. Mecz zakończył się dość niespodziewaną porażką gospodarzy.

next  prev