glownachomikmapatrocinytags
KÍ - B68 3:0 (2:0)
20.04.2024 18:30
við Djúpumýru, Klaksvík
Betrideildin
Widzów: 350
Cena biletu: 100 DKK (trybuna VIP)
               

Nadszedł czas na najważniejszy punkt mojej farerskiej wyprawy - relacjonuję mecz domowy potężnego Klaksvík, aktualnego Mistrza Wysp Owczych oraz słynnego pogromcy Mistrza Węgier, Mistrza Szwecji i Mistrza Słowenii w europejskich pucharach w sezonie 2023/24.

Dotarcie na mecz
 
 

Zacznę tę sekcję nietypowo, a mianowicie od momentu, kiedy dzień wcześniej rozległ się ostatni gwizdek na stadionie Gundadalur w Tórshavn. Tuż po tym meczu udałem się bowiem do niezbyt taniej restauracji, aby spróbować prawdziwych farerskich przysmaków (w sumie, powinno być to częścią relacji z poprzedniego meczu, ale nie chciałem jej jeszcze bardziej rozciągać). Przyznam, że nie jestem przyzwyczajony do bywania w tego typu miejscach, stąd nie miałem za bardzo pojęcia jak należy się tam zachowywać, a wizyta zaczęła być zaś nieco memiczna kiedy szumnie zapowiadana przystawka okazała się być czterema mikroskopijnymi ptysiami (autentycznie więcej czasu zajęło kelnerowi opowiadanie o niej niż mi zjedzenie jej). Kiedy jednak wjechało danie główne, czyli jagnięcina sfermentowana zgodnie z wielowiekowym farerskim przepisem, przestałem żałować swojej utopionej dniówki. Smak dania był całkowicie unikalny - miało ono znany mi już skądinąd posmak padliny (poznany przy okazji konsumpcji mięsa grindwala), ale przy okazji było naprawdę znakomite.

Następnego dnia udałem się rano z Tórshavn do miasta Klaksvík autobusem farerskiego przewoźnika Strandfaraskip Landsins. Całą drogę przegadałem ze starszym turystą, który przyleciał tu aż z Singapuru - rozmawialiśmy o naszych krajach, o szeroko pojętej Europie, Azji, aż wreszcie o samych Wyspach Owczych (tu nagle z turysty zmieniłem się w przewodnika, bo do swojej wyprawy byłem pod względem teoretycznym bardzo dobrze przygotowany). Rozmawialiśmy m.in. o tym, że pomimo ogólnie niskiego poziomu piłkarstwa na Forojach, w każdej mijanej miejscowości obowiązkowo znajduje się stadion - co naprawdopodobniej ma na celu zorganizowanie mieszkańcom czasu, aby w tym klimacie nie popadali w narkomanię i alkoholizm (w każdym razie, to właśnie z tego powodu na 300-tysięcznej Islandii znajduje się co najmniej 5 seniorskich poziomów rozgrywkowych). Tematów do omówienia było sporo, ponieważ choć z Tórshavn do Klaksvík w linii prostej jest niecałe 30 kilometrów, to ze względu na układ wysp i ukształtowanie terenu podróż zajęła całe półtorej godziny. Po przyjeździe do Klaksvík rozeszliśmy się, życząc sobie wzajemnie udanej dalszej podróży.

Klaksvík to fajne miasto, a na farerskie standardy dosłownie metropolia (liczy ono prawie 5 tysięcy mieszkańców), jednak do meczu było jeszcze ponad 7 godzin i nie wypełniłbym ich samym zwiedzaniem miasta. Zaplanowałem więc na ten dzień zdobycie położonego na północ od miasta szczytu Klakkur (413 m n.p.m. - niby niedużo, ale należy pamiętać, że startowałem w zasadzie z poziomu morza). Zjadłem lunch, nabyłem w Rusdrekkasøla Landsins małą buteleczkę norweskiego lukrecjowego likieru Hot'n'Sweet, aby zapewnić sobie na szlaku pozorne ciepło (pogoda była dziś farerska, czyli parę stopni na plusie, wiatr, mżawka i deszcz) i udałem się w kierunku szczytu. Zgodnie ze zdjęciami z Internetów widok ze szczytu byłby naprawdę niesamowity, ale pech chciał, że tego dnia chmury zeszły tak nisko, że na szczycie widoczność wynosiła dosłownie kilkanaście metrów. Zresztą, o tym, że dotarłem na szczyt Klakkur zorientowałem się dopiero w momencie gdy skończyła się ścieżka - zweryfikowałem wówczas na GPS, że rzeczywiście muszę znajdować się na szczycie.

Kiedy zszedłem z powrotem do miasta, spotkała mnie dość śmieszna historia. Otóż w pewnym momencie mój telefon zawibrował, a ja z przerażeniem stwierdziłem, że jest to powiadomienie z aplikacji, która pobrała składy na mecz Serie B Cittadella - Südtirol. Co prawda ze względu na horrendalne ceny roamingu na Forojach zawsze pilnowałem, żeby transmisja danych komórkowych była wyłączona... jednak z powodu zimna i padającego deszczu na moim telefonie samoistnie odpalił się szereg różnych opcji, w tym właśnie transmisja danych komórkowych. Za przyjemność zapoznania się ze składami na mecz Cittadella - Südtirol zapłaciłem w sumie 186 PLN (czyli więcej niż 4 miesiące później za zobaczenie na żywo Realu Madryt w meczu o Superpuchar Europy). Od tej pory aż do przylotu do Danii używałem telefonu już tylko w trybie samolotowym. Tymczasem po przemierzeniu całego miasta wzdłuż i wszerz, w końcu udało się zabić cały pozostały do meczu czas i udałem się na stadion, który miał być miejscem dzisiejszego spektaklu.

Stadion
 
 

Stadion við Djúpumýru w Klaksvík to skromny obiekt, który jednak był świadkiem wielkich rzeczy, ponieważ to właśnie tu KÍ rozgrywał swoje mecze domowe w pierwszej i drugiej rundzie eliminacyjnej Ligi Mistrzów (dwa bezbramkowe remisy, z Ferencvárosem i Häcken). Ze względu na wymogi UEFA, mecze trzeciej rundy eliminacyjnej Ligi Mistrzów, fazy play-off Ligi Europy oraz fazy grupowej Ligi Konferencji Europy potężny KÍ rozgrywał na stadionie narodowym Tórsvøllur w Tórshavn.

Po pobieżnym przeliczeniu krzesełek na zdjęciach wychodzi mi, że stadion ma jakieś 1500 miejsc siedzących, co by się w sumie zgadzało, ponieważ właśnie tyle jest niezbędne, aby obiekt został dopuszczony do gry w pierwszych dwóch rundach eliminacyjnych europejskich pucharów. Składa się on z trzech bardzo różnie skonstruowanych trybun - od strony południa znajduje się trybuna VIP, która pełni również funkcję budynku budynku klubowego. Jest ona w pełni zadaszona i znajduje się na niej ok. 250 jednolicie niebieskich krzesełek (choć jej pojemność potencjalnie wzrośnie, bo jest ona z jednej strony rozbudowywana). Jest ona dosyć ciasna, a swoją VIP-owatość zawdzięcza faktowi, że jest ona podniesiona o dobre parę metrów względem poziomu boiska, co spowodowało, że była to również jedyna trybuna, na którą wejście było biletowane (przy czym, ja wszedłem tam bocznym wejściem i na tyle wcześniej, że udało mi się nie zapłacić za bilet -dopiero później gdy zorientowałem się, że wstęp jednak jest płatny, poszedłem kupić bilet wiedziony wrodzoną uczciwością chęcią uzupełnienia kolekcji o rzadki bilet z Klaksvík). Na trybunie znajduje się też sklepik klubowy - ale o tym chyba w następnej sekcji.

Vis a vis trybuny VIP znajduje się druga trybuna, również w pełni zadaszona, która liczy ok. 600 miejsc siedzących. Białe krzesełka na tle niebieskich tworzą na niej dwa napisy . Trybuna jest niezbyt wysoka, ponieważ zaczyna się ona mniej więcej na poziomie boiska i liczy 7, w porywach 8 rzędów krzesełek; jest to przy okazji jedyna trybuna, na której krzesełka te nie są składane. Na szczycie trybuny znajdują się stanowiska dla mediów oraz dla spikera stadionowego. Trybuna wschodnia (zabramkowa) również liczy ok. 600 krzesełek, tym razem już w jednolitym niebieskim kolorze. Trybuna ta jest odkryta, jednak na jej tyłach znajdują się pewnego rodzaju filary, które wyglądają tak, jakby docelowo nad trybuną miało znaleźć się zadaszenie (a może to tylko taka ozdoba mająca nadać trybunie większej wizualnej spójności z resztą stadionu). Pośrodku trybuny znajduje się telebim, na którym wyświetlany jest wynik meczu, reklamy oraz sylwetki poszczególnych piłkarzy.

Nie wspomniałem jeszcze o zachodniej stronie stadionu - tam nie ma żadnej trybuny i nie ma też potencjału na żadną rozbudowę, ponieważ tuż za linią końcową boiska zaczyna się ulica. Od tej strony boisko ogrodzone jest jedynie ogrodzeniem z siatki, co sprawia, że część kibiców decydowała się na oglądanie meczu z ulicy lub też ze schodków okolicznych domów (czego osobiście trochę nie rozumiem, bo wydaje mi się, że wstęp na pozostałe trybuny nie-VIP-owskie był darmowy). Z innych istotnych rzeczy, na stadionie znajduje się skromne sztuczne oświetlenie (chyba spełnia ono mimo wszystko standardy UEFA, ponieważ mecze eliminacyjne do Ligi Mistrzów były tu rozgrywane o 20:45) i obowiązkowa na Forojach sztuczna murawa.

Atmosfera
 
 

Już na długo przed meczem moją uwagę przykuł znajdujący się na stadionie sklepik klubowy, gdzie przez przeszklone ściany mogłem zobaczyć pamiątki legendarnego klubu z Klaksvík - znajdowały się one tak blisko, a zarazem tak daleko. Przed pierwszym gwizdkiem molestowałem wiele osób funkcyjnych pytaniami, czy sklepik zostanie dziś otwarty (powodując niewielką sensację, że na mecz pofatygował się gość z Póllandi), aż w końcu na kilka minut przed pierwszym gwizdkiem najwyraźniej dopiąłem swego, ponieważ sklep został otwarty. Kiedy przyszedłem do środka i zacząłem zapoznawać się z ofertą, mój zapał trochę opadł, ponieważ ceny artykułów były absolutnie kosmiczne. Dla przykładu, bardzo estetyczny kubek z herbem KÍ kosztował chyba 275 DKK, czyli był on 4-5-krotnie droższy od polskich odpowiedników (pomimo faktu, że wizyta na Wyspach Owczych była spełnieniem moich marzeń i postanowiłem, że nie będę ograniczał się w wydatkach, kubek za 165 PLN był przekroczeniem progu bólu). Na szczęście, w sklepie była aktualnie duża przecena na artykuły z okazji awansu KÍ do Ligi Konferencji Europy, tak więc zdecydowałem się na zakup szalika i kubka, na których poza herbem KÍ znajdowały się również herby LOSC, Slovana i Olimpiji Ljubljana (do zakupów dorzuciłem też breloczek KÍ jako pamiątkę dla K. - wielokrotnego towarzysza podróży meczowych). Starsza pani prowadząca sklepik opieprzyła mnie żartobliwie za brak znajomości języka farerskiego, po czym zaczęliśmy dyskutować po angielsku na temat właściwego kursu euro do rozliczenia transakcji (terminal płatniczy się rozładował i musiałem bazować tylko na tym, co miałem fizycznie w portfelu, na co nie byłem przygotowany). Na szczęście, znalazłem w plecaku brakujące 50 koron duńskich i mogłem zapłacić za swoje pamiątki zgodnie z regulaminem.

Jeśli chodzi o samą atmosferę na trybunach, nie będzie to porywająca relacja. Zgodnie z oficjalnymi danymi FSF, dzisiejsze widowisko zgromadziło jakieś 300 widzów (byłem uprzejmy i dorzuciłem do informacji na Chomiku jeszcze ok. 50 osób oglądających mecz zza ogrodzenia). Część osób zgromadzonych na trybunach nosiła barwy KÍ, głównie w postaci czapek, czasami też i szalików. Podstawowym (i chyba jedynym) zawołaniem, jakim kibice gospodarzy zagrzewali do boju swoich piłkarzy było rytmiczne KÍ! KÍ! KÍ! KÍ!. Co ciekawe, zawołanie to nie brzmi tak, jakby się to wydawało patrząc na pisownię, ponieważ po farersku skrót wypowiada się jako cho-łej!.

O ile pierwszą połowę spędziłem na VIP-ach, o tyle potem zacząłem się trochę przemieszczać, testując najpierw trybunę północną, a potem trybunę wschodnią (przejście z trybuny północnej na wschodnią było nieco problematyczne, ponieważ wymagało opuszczenia stadionu i przejściu kilkudziesięciu metrów uliczkami). Jeśli chodzi o klimat na trybunie północnej, wydaje mi się, że znajdowało się na niej trochę gości z Toftir, ponieważ reagowali oni bardzo żywiołowo na wyprowadzane (i marnowane) kontry gości. Przy okazji gości, muszę się w tym miejscu przyznać do dużego błędu - otóż pomyliłem nazwę B68 z B71 lub też z TB (dobrze, że nie z B36), przez co wydawało mi się, że goście dotarli na mecz aż z fascynującej mnie i odległej wyspy Suðuroy. W rzeczywistości, przyjechali oni bez problemu ze znajdującej się tuż obok wyspy Borðoy wyspy Eysturoy. No cóż.

Mecz
 
 

Tak jak w przypadku relacji z poprzedniego meczu, na początek powinienem wytłumaczyć, w jaki sposób należy rozszyfrować enigmatyczne nazwy drużyn. Otóż pełna nazwa KÍ to Klaksvíkar Ítróttarfelag , z kolei pełna nazwa zespołu gości to Tofta Ítróttarfelag (przyznam, że nie wiem, skąd to 68 w nazwie, skoro klub podobno został założony w 1962 roku). Zdecydowanym faworytem dzisiejszego spotkania był oczywiście Klaksvík, który w sezonie 2023 obronił tytuł mistrza Wysp Owczych, a w obecnym sezonie zajmował po 5 kolejkach 5. miejsce w tabeli z bilansem 3-0-2. Zespół z Toftir w sezonie 2023 obronił się przed spadkiem, a w obecnym sezonie po 5 kolejkach miał na koncie zaledwie 1 punkt i znajdował się na 9., przedostatnim, miejscu w tabeli (nie byli jednak ostatni, ponieważ w tym sezonie zdecydowanie najgorszym zespołem był ÍF).

Od pierwszego gwizdka gra obydwu drużyn była dosyć szybka, ale jednocześnie chaotyczna i pełna kiksów oraz przypadkowych fauli. Ciekawostką jest fakt, że w pierwszej połowie drużyny dokonały w sumie 4 zmian - 1 dokonał KÍ, a aż 3 miały miejsce w B68 i każda z nich była spowodowana urazami (przy czym, urazy te nie zawsze wynikały ze starć - np. Friði à Borg coś sobie naciągnął gdy startował do piłki). Wraz z upływem czasu, na boisku zarysowywała się coraz większa przewaga Klaksvíku. Pierwszy gol dla gospodarzy był kwestią czasu i wpadł w 37. minucie - z kornera dośrodkował Dan í Soylu (o co chodzi z tymi pojedynczymi literkami w personaliach piłkarzy?), a piłkę do siatki głową skierował Páll Andrasson Klettskarð. Przy okazji należy zauważyć, że obydwaj wymienieni tu piłkarze są Farerami - pomimo odnoszenia stosunkowo dużych sukcesów w Europie, Klaksvík nie jest po prostu zlepkiem cudzoziemców (w dzisiejszym meczu w pierwszym składzie Kí znalazło się 8 Farerów). W doliczonym czasie pierwszej połowy gospodarze podwyższyli stan gry po szalonej kontrze zakończonej dograniem z lewego skrzydła Latifa Ahmeda (Ghańczyk) do Klettskarða, który z bliska wbił piłkę do siatki.

W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie - w 55. minucie gospodarze podwyższyli na 3:0 za sprawą Pæetura Joenssona Petersena, który otrzymał piłkę na prawym skrzydle, podbił ją sobie mijając jednego z obrońców, a następnie strzelił w kierunku krótkiego słupka bramki B68. Piłka odbiła się jeszcze od słupka i chyba od pleców bramkarza Tórðura Thomsena i wpadła do siatki (nie widziałem powtórek; w każdym razie, gol został zaliczony Petersenowi). Klaksvík atakował dalej - w 60. minucie Klettskarð mógł skompletować hat-tricka, ale jego strzał z woleja w kierunku krótkiego słupek został wybroniony przez Thomsena. W 65. minucie Thomsen w bardzo dobry sposób obronił inny strzał w krótki róg, tym razem Árniego Frederiksberga. Pod koniec meczu piłkarze B68 przebudzili się i wyprowadzili parę groźnych akcji. Najlepszą mieli w 75. minucie, kiedy w sytuacji sam na sam z Markiem Fabriciusem Jensenem znalazł się Sebastian Lau Nielsen, ale w tym pojedynku Farera z Duńczykiem wygrał duński bramkarz Kí. Z kolei w 80. minucie (wszystko co dobre w tej połowie dosłowmie odbywało się z częstotliwością pięciominutową) po wrzutce z rzutu wolnego bardzo dobrym szczupakiem popisał się Ragnar Samuelsen, jednak jego strzał poszybował nad bramką. Piłkarzom B68 ostatecznie nie udało się strzelić honorowego gola i na Borðoy Eysturoy wrócili z wynikiem 0:3 w plecy.

next  prev