glownachomikmapatrocinytags
HB - EB/S 2:1 (0:0)
19.04.2024 18:00
Gundadalur, Tórshavn
Betrideildin
Widzów: 600
Cena biletu: - (mecz niebiletowany)
                 

W końcu coś oryginalnego na Chomiku - relacjonuję mecz... farerskiej ekstraklasy.

Dotarcie na mecz
 
 

Podróż na Wyspy Owcze już od dłuższego czasu była moim marzeniem - a chęć odwiedzenia tego kraju jeszcze się spotęgowała, kiedy przy okazji meczów elmininacyjnych Polaków do Euro 2024 w mediach pojawił się obowiązkowy wysyp artykułów o tym kraju (czy też o terytorium autonomicznym). Po zgłębieniu informacji o lokalnej przyrodzie, klimacie oraz kuchni postanowiłem wreszcie sięgnąć głębiej do kieszeni i wyruszyć do tego cholernie drogiego kraju na parodniowy groundhopping.

Nie jest tak łatwo dotrzeć na Wyspy Owcze. Moja podróż na mecz w Tórshavn zaczęła się dzień wcześniej, kiedy przyleciałem przyleciałem z Warszawy do Kopenhagi w czwartek o godzinie 14:15 tanią linią lotniczą. Stamtąd o godzinie 18:35 miałem lot na położone na Wyspach Owczych lotnisko Vagar (jedyne w kraju) - nie latają tam niestety tanie linie lotnicze, dlatego pierwszy raz w życiu musiałem szarpnąć się na coś porządnego. Jako swojego przewoźnika wybrałem Atlantic Airlines, czyli narodową linię lotniczą Wysp Owczych. Jest to podobno najlepsza opcja dla tych, którzy chcą zmaksymalizować szanse wylądowania na Wyspach, ponieważ warunki pogodowe na Forojach często są trudne, a samoloty tego przewoźnika wyposażone są w lepsze systemy naprowadzające niż np. samoloty linii SAS (która również lata na trasie Vagar - Kopenhaga). Przyznam, że pierwszy w moim życiu lot normalnymi liniami lotniczymi (czyli innymi niż WizzAir czy Ryanair) był dość dużym szokiem - możliwość wyboru miejsca bez dodatkowej opłaty, możliwość darmowego wydruku biletu w okienku na lotnisku, zakupu posiłku w akceptowalnej cenie (akceptowalnej oznacza, że był on co prawda drogi, ale jak na duńskie standardy dużo tańszy niż na lądzie) to coś, do czego nie byłem przyzwyczajony. Lądowanie na lotnisku w Vagar przebiegło bezproblemowo, co mnie osobiście zawiodło, ponieważ naczytałem się trochę o częstych turbulencjach, huraganowych wiatrach, odchodzeniu na drugi krąg czy też nawet konieczności zawracania na rezerwowe lotniska w Norwegii i Szkocji (no dobra, na tę ostatnią opcję akurat nie liczyłem).

Na lotnisko Vagar przyleciałem zgodnie z planem o godzinie 19:50 (ale to nie jest tak, że lot trwa nieco ponad godzinę, bo w Kopenhadze była wtedy już 20:50). Stamtąd wybrałem się pieszo do oddalonego o 2 kilometry miasteczka Sørvágur, gdzie miałem swój pierwszy nocleg w trakcie swojej wycieczki. Spacer ten był naprawdę surrealistyczny, ponieważ krajobraz nie przypominał niczego, co do tej pory miałem okazję oglądać. Najłatwiej jest to zobrazować poprzez stwierdzenie, że Wyspy Owcze jest to pasmo skalistych gór wyrastających wprost z dna oceanu na wysokość kilkuset metrów n.p.m. Góry te praktycznie nie są pokryte żadną roślinnością poza trawą, która nadaje im dziwny zielonkawo-brązowy kolor. A obrazu dopełniają wszechobecne owce, które żywią się ową trawą.

Sørvágur jest typowym farerskim miasteczkiem - zamieszkałe przez ok. tysiąc osób zgrupowanie kolorowych domków położonych nad brzegiem fiordu. Na samym środku, w najbardziej płaskim obszarze miasta, położone jest boisko piłkarskie (w tym przypadku swoje mecze rozgrywał tu klub Vestur 07). A nad tymi domkami górują brunatno-zielone wzniesienia. W miasteczku zaopatrzyłem się w lokalnym sklepie w parę lokalnych produktów (dobierałem je tak, aby przy okazji nie zbankrutować), a potem udałem się do mojego hostelu, w którym byłem jedynym gościem. Co ciekawe, nie zobaczyłem nawet na oczy właścicieli hostelu - po prostu wszedłem przez drzwi, które nie były zamknięte na klucz, a następnie znalazłem swój pokój, gdzie czekały na mnie klucz oraz karteczka z instrukcjami. Co za bezpieczny kraj. Po noclegu w Sørvágur udałem się na przystanek, z którego odjeżdżał autobus relacji Sørvágur - Tórshavn. Po drodze mogłem podziwiać zapierające dech w piersiach krajobrazy oraz słynne tunele poprowadzone pod powierzchnią oceanu pomiędzy najważniejszymi wyspami.

Po przyjeździe do Tórshavn zabrałem się do zwiedzania stolicy Wysp Owczych. Najpierw udałem się na Tinganes, czyli cypelek, na którym od wieków rezydują władze krajowe. W obecnym ustroju oznacza to, że rezyduje tu rząd farerski - jego siedziba znajduje się w zgrupowaniu urzekających czerwonych drewnianych domków krytych darnią. Następnie pochodziłem trochę po mieście, gdzie zakupiłem pamiątki w informacji turystycznej (w kwietniu nie działały tu chyba żadne inne sklepy z pamiątkami), zaliczyłem sklep Rusdrekkasøla Landsins (jeden z zaledwie kilku sklepów alkoholowych w całym kraju), zobaczyłem taką osobliwość jak kryty darnią Hotel Hilton, przy którym pasły się i srały owce, a także zwiedziłem stadion narodowy Tórsvøllur - co ciekawe, każdy może sobie tutaj swobodnie wejść i za bardzo to nikogo nie obchodzi. W końcu udałem się do swojego hostelu, do którego - niespodzianka - można było wejść bez żadnego problemu, za to nikogo w nim nie było.

Kiedy ulokowałem się w swoim pokoju, rozpakowałem ciekawą przekąskę, którą udało mi się zakupić w lokalnym supermarkecie. Tvøst og spik (znany też jako grind og spik) jest to narodowy przysmak Farerów składający się z suszonego mięsa grindwala, jego tkanki tłuszczowej oraz ziemniaczków, a jego zjedzenie było dla mnie pewnego rodzaju farerskim rytuałem inicjacyjnym. Mięsko grindwala zostało zapewne pozyskane w trakcie Grindadráp, czyli tradycyjnego krwawego polowania na grindwale (zdjęcia zaszlachtowanych zwierząt leżących w czerwonym od krwi fiordzie powszechnie budzą kontrowersje, choć założę się, że wśród krytykujących jest wiele osób np. kupujących jajka klasy 3., czy też jedzących mięso zwierząt, których jakość życia jest znacznie gorsza niż przeciętnego grindwala zabitego w trakcie Grindadráp). Sam posiłek nie był zbyt dobry, smakował trochę jak ryba, trochę jak ssak, a trochę jak padlina. Po nasyceniu się nim, udałem się na stadion Gundadalur, który był areną dzisiejszego spektaklu.

Stadion
 
 
 

Stadion Gundadalur położony jest na przedmieściach Tórshavn, tuż obok całkiem stadionu narodowego Tórsvøllur. Zgodnie z oficjalnymi informacjami, pojemność tego obiektu to 5000 miejsc siedzących - podchodzę nieco sceptycznie do tej informacji, ponieważ na oko krzesełek jest nieco mniej, no ale na potrzeby tej sekcji przyjmę ją za prawdziwą. To, co jest charakterystyczne dla stadionu to fakt, że po wschodniej trybuny boiska znajdują się... dwie osobne trybuny proste, każda licząca po ok. 600 miejsc siedzących. Trybuny te w swojej konstrukcji są praktycznie identyczne, ale każda z nich należy do innego klubu. Trybuna prosta położona wzdłuż północnej połowy boiska należy do klubu Havnar Bóltfelag (HB), z kolei trybuna położona wzdłuż połowy południowej należy do klubu Bóltfelagið 1936 (B36). Obydwie trybuny pokryte są czarnymi krzesełkami, z domieszką krzeseł w innym kolorze, które tworzą różne napisy - czerwony HB oraz biały B36. Co ciekawe, każda z trybun jest jednocześnie budynkiem klubowym, co oznacza, że siedziby derbowych rywali z Tórshavn znajdują się we wzajemnej odległości zaledwie kilkunastu metrów od siebie.

Naprzeciw dwóch trybun prostych znajduje się trzecia trybuna prosta, ale tym razem nie mam o niej nic ciekawego do napisania. Jest to dużo bardziej konwencjonalna (choć jej kanciastość nadaje jej pewnej oryginalności) trybuna prosta z krzesełkami w jednolitym kolorze białym. Na oko liczy ona ok. 1000 miejsc siedzących, ale zgodnie z prostym rachunkiem opartym na oficjalnych danych powinienem stwierdzić, że krzesełek jest prawie 4000. Wszystkie stadionowe trybuny są zadaszone, przy czym w przypadku trybuny zachodniej dach jest wsparty szeregiem kolumn przesłaniających do pewnego stopnia widok, podczas gdy obydwie trybuny klubowe mają lepiej skonstruowany dachy, ponieważ ich ciężar oparty jest na tyłach sektorów (dzięki czemu nie są potrzebne żadne dodatkowe filary). Należy pochwalić, że wszystkie trybuny są podniesione o jakieś 2-3 metry względem poziomu murawy igelitu, co istotnie poprawia widoczność.

Ze względu na warunki pogodowe panujące na Forojach, chyba wszystkie boiska znajdujące się w tym kraju pokryte są sztuczną nawierzchnią i stadion Gundadalur nie jest w tym przypadku wyjątkiem. Oczywiście, za każdym razem ubolewam gdy muszę oglądać mecz rozgrywany na sztucznej murawie (utworzyłem na stronie nawet osobny tag sztuczna murawa), ale w przypadku wizyty na Wyspach Owczych przyjąłem oczywiście ten fakt ze spokojem. Stadion Gundadalur wyposażony jest również w całkiem imponujący telebim ustawiony na wale ziemnym znajdującym się od północnej strony boiska. Na wspomnianym wale ziemnym znajdowały się również bardzo ciekawe zaimprowizowane miejsca siedzące w postaci małych dwuosobowych ławeczek (było ich jednak tylko kilkanaście - a więc to nie jest tak, że znalazłem brakujące 3000 miejsc siedzących z oficjalnych danych dot. stadionu).

Atmosfera
 
 

Po przyjściu na stadion zasiadłem na trybunce HB, tak samo zresztą jak i większość fanów (niektórzy wybierali również trybunę zachodnią, ławeczki za północną bramką, a pojedynczy kibice, o zgrozo, wybrali trybunę somsiada z B36). Było to bardzo dobrą decyzją, ponieważ jeszcze przed pierwszym gwizdkiem na trybunie rozstawił się kramik, w którym kupiłem sobie szalik, kubek oraz puszkę cydru (co ciekawe, za wszystko zapłaciłem kartą). Kiedy ponownie zasiadłem na trybunie, już z szalikiem na szyi, kubkiem w plecaku oraz puszką cydru w ręku, podeszła do mnie kilkuletnia dziewczynka z siatką i zaczęła mówić coś po farersku. Kiedy odpowiedziałem, że jej nie rozumiem, ta wytłumaczyła mi od razu perfekcyjnie po angielsku, że organizują jakąś loterię fantową. Grzecznie podziękowałem - trochę dlatego, że bałem się, że coś wygram (i będę musiał to wozić po całych Forojach), a trochę dlatego, że przeraziła mnie wizja dalszej konwersacji po angielsku z kilkulatką, która mogła mówić w tym języku lepiej ode mnie.

Podobno na meczu było całe 600 ludzi - co prawda wydawało mi się, że jest ich trochę mniej, ale taką liczbę podaje oficjalnie Fótbólssamband Føroya, tak więc uwierzę na słowo - tak samo jak w przypadku oficjalnych danych o pojemności Gundadalur. Na meczu panowała atmosfera raczej piknikowa, ale podczas groźniejszych akcji zgromadzeni na głównej trybunie kibice zaczynali zorganizowany doping. Hasła nie były zbyt skomplikowane i bardzo odzwierciedlały zamiłowanie Farerów do skrótowców - śpiewali oni bowiem albo HB! HB! HB! HB!, albo klap!-klap!, klap!-klap!-klap!, klap!-klap!-klap!-klap! HB!. Na trybunie głównej pewna pomniejsza część kibiców nosiła klubowe barwy w postaci szalików, czy też koszulek (co prawda temperatura podczas meczu wynosiła parę stopni Celsjusza, ale widocznie na lokalsach nie robiło to wrażenia, więc byli tacy, którzy je eksponowali). Kiedy w przerwie przemieściłem się na trybunę zachodnią, tam z kolei nie uświadczyłem żadnych barw ani tym bardziej dopingu. Okazało się jednak, że na skraju trybuny znajdowała się niewielka liczba kibiców gości ze Streymnes i okolic, a ujawnili się oni w momencie gdy goście wyszli na prowadzenie i mogli wydać z siebie krzyk radości.

W przerwie meczu z głośników odtwarzane były klubowe piosenki HB, śpiewane po farersku. Przyznam, że mnogość repertuaru trochę mi zaimponowała. Z kolei po ostatnim gwizdku meczu oznaczającym, że 3 punkty zostają w Tórshavn, na boisku miała miejsce mała pitch invasion, ponieważ dzieciaki z trybun licznie wbiegły na boisko świętować wraz z piłkarzami zwycięstwo nad EB/S.

Mecz
 
 

Podobnie jak w innych krajach skandynawskich, takich jak Islandia, Norwegia, Szwecja, Dania czy Finlandia, farerska liga również gra systemem wiosna-jesień. Co więcej, podobnie jak w innych krajach skandynawskich, liga farerska rusza dosyć późno, dlatego dzisiejszy mecz był meczem dopiero 6. kolejki Betrideildin. Po pierwszych pięciu kolejkach piłkarze HB znajdowali się na 2. pozycji, z kolei drużyna EB/S zajmowała 7. miejsce w tabeli (na 10 możliwych drużyn). Farerzy bardzo lubują się w używaniu jak najkrótszych nazw drużyn, stąd winien jestem jeszcze wyjaśnienie, jak właściwie nazywają się kluby biorące udział w dzisiejszym szlagierze. O ile przy okazji opisu stadionu Gundadalur wyjaśniłem niejako przy okazji, że HB to Havnar Bóltfelag, o tyle EB/S to drużyna, która powstała z połączenia dwóch klubów: Eiðis Bóltfelag oraz Streymur (przy okazji, Farerzy również mają pewne zamiłowanie do łączenia klubów, ponieważ na poziomie Betrideildin rezultatem fuzji są również kluby 07 Vestur oraz Vikingur Gøta).

Faworytem dzisiejszego meczu z pewnością byli piłkarze HB i już w 3. minucie mogli oni wyjść na prowadzenie, ale Jacob Johansson nie sięgnął pilki odegranej do bramkarza głową przez obrońcę EB/S. Obydwie drużyny starały się grać kombinacyjnie, jednak popełniały one mnóstwo kiksów, co powodowało, że nie widzieliśmy zbyt wielu klarownych akcji. W 19. minucie po wrzutce z rzutu wolnego jeden z piłkarzy EB/S znalazł się w bardzo dobrej sytuacji, ale jego strzał głową z odległości 4 metrów od bramki był fatalny. W 29. minucie miała miejsce dość absurdalna sytuacja, ponieważ jeden z piłkarzy EB/S został zahaczony na 30. metrze od bramki, ale mimo to utrzymał się przy piłce i po minięciu paru rywali wbiegł w pole karne, a akcja została ostatecznie przerwana przez... gwizdek sędziego, który wrócił do tamtego faulu na 30. metrze. Pierwszy celny strzał zobaczyliśmy w 35. minucie - zza pola karnego strzelał jeden z piłkarzy EB/S, a bramkarz HB (Teitur Matras Gestsson) dość asekuracyjnie odbił tę piłkę na rzut rożny. Dopiero pod koniec pierwszej połowie piłkarze HB nieco się ogarnęli i zaczęli przejmować inicjatywę. Najpierw w 42. minucie jeden z piłkarzy HB dorzucił do totalnie niepilnowanego na 6. metrze Johanssona, ale ten... nie trafił głową w piłkę. Minutę później bardzo dobry strzał szczupakiem oddał Aki Samuelsen, ale piłka minimalnie minęła słupek bramki EB/S. W doliczonym czasie gry Johansson nie zdążył zamknąć wślizgiem całkiem dobrej wrzutki w pole karne. Podsumowując, w pierwszej połowie piłkarze HB mieli trochę groźnych akcji, ale nie oddali celnego strzału na bramkę, a EB/S popisało się tylko paroma strzałami, które nie stwarzały większego zagrożenia, ale niezbyt dobrze dysponowany Gestsson często odbijał je na róg.

W drugiej połowie piłkarze HB przeszli do ofensywy i w 55. minucie oddali nawet pierwszy celny strzał w meczu - groźny strzał Johanssona w bardzo dobry sposób obronił Jóannes Eyðfinnson Davidsen. Ale to niespodziewanie piłkarze EB/S otworzyli wynik - w 59. minucie sędzia podyktował rzut karny dla EB/S, który skutecznie wykonał Filip Djordjevic. Piłkarze EB/S nie nacieszyli się zbyt długo prowadzeniem, ponieważ 5 minut później to oni sfaulowali w polu karnym. Była to lekka kontrowersja, ponieważ w pierwszej chwili sędzia główny nie zauważył tego faulu i zdecydował się na jego odgwizdanie dopiero po kilkusekundowej żywiołowej sygnalizacji liniowego. Karnego pewnie wykonał Aki Samuelsen, po czym na boisku trochę się zagotowało - część piłkarzy EB/S obległo sędziego liniowego, z kolei inny piłkarz EB/S złapał piłkę i nie chciał jej wydać graczom HB zainteresowanym szybkim wznowieniem gry. Awantura poskutkowała czerwoną kartką dla kogoś ze sztabu EB/S. Po tym wszystkim gra się nam trochę zaostrzyła - gracze HB zaczęli łapać żółte kartki, ale przy okazji zaczęli coraz bardziej przeważać, z kolei drużyna EB/S coraz wyraźniej zaczynała grać na czas.

W ostatnim kwadransie byłem świadkiem kuriozalnej sytuacji dla HB, kiedy po półminutowej kopaninie w polu karnym gości jeden z graczy HB oddał w końcu strzał, który został zablokowany... przez jego kolegę z zespołu, który w tej sytuacji interweniował wślizgiem i odbił piłkę ręką. Ostatecznie gospodarzom udało się jednak dopiąć swego - w 82. minucie po wrzutce z prawego skrzydła Samuelsen pokonał dobrym strzałem głową Davidsena, zaliczając tym samym drugą bramkę w tym meczu.

next  prev