glownachomikmapatrocinytags
MVV Maastricht - TOP Oss 5:1 (1:1)
10.02.2023 20:00
Stadion de Geusselt, Maastricht
Eerste Divisie
Widzów: 5.073
Cena biletu: 20 € (Volwassenen, Boschpoorttribune)
               

Po raz pierwszy Chomik zdaje relację z Holandii Niderlandów. Co prawda Maastricht kojarzy się raczej z Traktatem o UE aniżeli z piłką na wysokim poziomie (i słusznie, bo to drugi poziom rozgrywkowy), ale i tak było to najlepsze widowisko, jakie można było obejrzeć w tym regionie w piątek.

Dotarcie na mecz
 
 

No dobra, co właściwie robiłem tego dnia w Maastricht? Otóż był to jedynie przystanek na trasie mojej pielgrzymki futbolowej, której trasa zakończyła się w Luksemburgu, a konkretnie w słynnym Dudelange. Ale o tym będzie dopiero w następnym poście - a tymczasem skupię się na tym, jak w ogóle udało mi się trafić do Maastricht.

Wszystko zaczęło się w piątek rano, od taniego lotu z lotniska w Modlinie (tzw. Warszawa-Modlin) na lotnisko w Charleroi (tzw. Brussels-Charleroi). Wylot był o godzinie 7:20, co oznacza, że żeby tam dojechać na czas, musiałem wyruszyć z mieszkania dość wcześnie, zaliczając po drodze autobus miejski, pociąg Kolei Mazowieckich i autobus ze stacji Modlin na Lotnisko. Po przylocie na lotnisko w Charleroi udałem się na przystanek autobusowy, gdzie za całe 6€ (czyli za jakąś połowę ceny biletu lotniczego) kupiłem sobie bilet na transfer komunikacją miejską do centrum. Pod Gare Centrale pojawiłem się o godzinie ok. 10:25. Z racji tego, że do odjazdu mojego Flixbusa do Maastricht miałem jeszcze 2.5 godziny, miałem dość luźny plan dnia - wystarczyło upewnić się, skąd odjeżdża mój Flixbus, a następnie udać się na zwiedzanie miasta.

Był tylko jeden szkopuł - wskutek gruntownej przebudowy całego centrum obszar w promieniu jakichś 200-300 metrów od dworca był dokumentnie rozpieprzony. Włącznie z przystankiem przy Gare Sud, z którego miał odjeżdżać mój Flixbus - a że Flixbus na Zachodzie nie korzysta z cywilizowanych miejsc postojowych i organizuje zazwyczaj swoje przystanki na zasadzie totalnej partyzantki, miałem dość niełatwe zadanie polegające na... znalezieniu przystanku. Kluczyłem tak wokół Gare Centrale jakąś godzinę, zaglądając w każdą możliwą uliczkę, ale nigdzie nie znalazłem żadnego znaku, który sugerowałby, że w danym miejscu znajduje się tymczasowy przystanek Flixbusa. W końcu jednak dostrzegłem na tyłach Gare Sud kilkoro ludzi, którzy stali na zwykłym chodniku przy zwykłym kawałku prostej drogi (nie było tu żadnych zatoczek ani żadnych oznaczeń) i wyraźnie na coś czekali. Byłem tak zdesperowany, że podszedłem do grupy obcych ludzi i zadałem totalnie debilne pytanie, czy czasem nie czekają tu na Flixbusa. O dziwo, zamiast mnie wyśmiać, potwierdzili, że czekają właśnie na Flixbusa.

Przy okazji, jakby ktoś był skonfundowany poprzednim akapitem i zastanawiał się, dlaczego czasami krążyłem wokół Gare Centrale, a czasem wokoł Gare Sud, odpowiadam - otóż są to... dwie zamiennie funkcjonujące nazwy tego samego dworca. Na komunikatach i mapach czasem pojawia się nazwa Centrale, czasem Sud. Fakt ten bynajmniej nie ułatwił moich poszukiwań.

W końcu, o godzinie 15:20 udało się dojechać do Maastricht. Udałem się na zwiedzanie miasta w trybie ekspresowym, zaliczając wszystkie najważniejsze punkty, jakimi są m.in. Centraal Station, mosty na Mozie i atrakcje Starego Miasta: Basiliek van Onze Lieve Vrouwe (zbudowana w XI wieku Bazylika NMP Gwiazdy Morza), Basiliek van Sint Servaas, Universiteit Maastricht, Stadhuis, itp. Wszystko oczywiście obejrzane na szybko i od zewnątrz, ale nikt nie może mi zarzucić, że nie odhaczyłem podstawowej kulturówki. Na Rynku przy Stadhuis (po niderlandzku: Markt, po limbursku-mestreechsku: Merret) znalazłem lokal, w którym zjadłem frietjes oraz worst. Worst nie był taki najgorszy (hehe, żarcik lingwistyczny), ale zastanawia mnie, jak oni na Zachodzie to robią, że udaje im się zjeść takiego kindybała bez użycia sztućców.

Po zameldowaniu się w moim hostelu i zostawieniu rzeczy w pokoju (przy okazji, ze względu na koszty, po raz pierwszy zdecydowałem się na nocleg w pokoju wieloosobowym - było dość znośnie... w każdym razie, skoro piszę tego posta, to znaczy, że przeżyłem) udałem się pieszo na stadion de Geusselt. I w końcu możemy przejść do właściwej części relacji.

Stadion
 
 

Stadion de Geusselt to kompaktowy 10-tysięcznik bez większych fajerwerków. Jest to kanciasty obiekt składający się z czterech trybun o prostej konstrukcji (jednopoziomowe trybuny na betonowych tarasach, a na nich czerwone krzesełka); zresztą, ciężko wymagać, żeby obiekt średniaka Eerste Divisie był większy. Stadion na meczach ligowych wypełnia się zazwyczaj w połowie, co świadczy o tym, że został on zbudowany zgodnie z elementarnym rachunkiem ekonomicznym (zgodnie z Wikipedią, jego budowa kosztowała zaledwie 1,5m guldenów, ale w tym przypadku chodzi chyba o pierwszą wersję stadionu z lat 60.). Co więcej, stadion być może nawet na siebie zarabia, ponieważ na jego terenie znajduje się wiele biur oraz sporej wielkości siłka (gdy po meczu opuszczałem stadion, widok ludzi za szybą, którzy pakowali w piątek o 22 był surrealistyczny). W Polsce chyba nikt nigdy by się do czegoś takiego nie zniżył - u nas stadiony utrzymują się w sposób honorowy, z publicznych pieniędzy.

Ze względu na to, że nie spodziewałem się na dzisiejszym meczu zawrotnej frekwencji, nie musiałem kupować biletu przez Internet, a zamiast tego udałem się do okienka kasowego, by tam osobiście kupić bilet kartonikowy (ach, nie ma to jak dostać piękny bilet kartonikowy - a być może nawet z moimi własnymi personaliami!). Doznałem jednak sporego szoku, ponieważ w okienku kasowym dostępne były jedynie takie same wydrukowane bilety PDF-owe jak w przypadku zakupu przez Internet. Mało tego - kasjer... miał już przygotowaną całą pulę wydrukowanych biletów na kartkach A4. Po poproszeniu go o bilet na tę taką trybunę, gdzie miejsca są po 20€ (nie byłem bowiem w stanie zapamiętać nazwy Boschpoorttribune), kasjer wręczył mi losowo wybraną kartkę spośród tych, na których miał wydrukowane bilety na Boschpoorttribune. Zgodnie z losowmi danymi wydrukowanymi na bilecie, moje miejsce znajdowało się w sektorze na wysokości linii pola karnego - oczywiście, lokalizacja była umowna, ponieważ w tym systemie chodziło o to, żebym dostał jakikolwiek materialny bilet i tak naprawdę mogłem usiąść gdziekolwiek (o ile tylko bym kogoś nie podsiadł). I oczywiście, nie jestem w stanie funkcjonować w tak improwizowany sposób, dlatego też zasiadłem niemal dokładnie na tym losowym miejscu, które mi przydzielono. Przynajmniej byłem blisko młynu.

Co jeszcze można napisać o stadionie? Jest w pełni zadaszony, co jest na pewno dużym plusem. Murawa na stadionie jest sztuczna, co na pewno jest dużym minusem. Trybuny są znacznie podwyższone względem poziomu murawy - pomiędzy trybunami a murawą znajduje się kilkumetrowa przestrzeń, gdzie znajdują się m.in. punkty gastronomiczne (w jednym z nich kupiłem sobie kubek... białego wina). W głębi trybuny zabramkowej zajmowanej przez fanatyków MVV znajduje się wspaniała, oldschoolowa i ledwo czytelna tablica wyników, na której przed meczem dostojnie przesuwał się napis welkom bij MVV Maastricht. A na sam koniec warto może zaznaczyć (choć jest to raczej oczywiste, biorąc pod uwagę porę rozpoczęcia meczu), że na stadionie znajduje się sztuczne oświetlenie, a konkretnie 4 standardowe maszty.

Atmosfera
 
 

Kiedy wchodziłem na stadion, mój plecak został dość dokładnie przebadany pod kątem jakichkolwiek przedmiotów, którymi można by było rzucać w stronę murawy - ochrona znalazła u mnie jednak jedynie zapasową bluzę oraz stroopwafle (które kupiłem w promocyjnej cenie w supermarkecie, w którego logo znajdują się inicjały jego założyciela, czyli AH - a chodzi oczywiście o Alberta Heijna, bo o kogóż by innego). Po takim początku przestałem się łudzić, że uda mi się kupić na stadionie kubek MVV (który w końcu mógłby być bardzo poręczny do rzucania w piłkarzy) - zostało mi to jednak częściowo wynagrodzone przez zakup wspaniałego szalika MVV, który miał bardzo nietypowe frędzle (jak pisał Wieszcz, przy którym świecą gęste kutasy jak kity), a także napisane w dialekcie limburskim-mestreechskim Viva Meestrech!. Piękna rzecz.

Kiedy w końcu zasiadłem na trybunie z szalikiem MVV na szyi oraz kubkiem białego wina w ręku, mogłem się ponapawać przedmeczową atmosferą, która była bardzo specyficzna. Z głośników rozlegały się niskobudżetowe niderlandzkie piosenki, które jednak miały w sobie coś... sympatycznego, co w każdym razie nakazuje mi je stawiać co najmniej 1 poziom powyżej muzyki klubowej i innego tego typu gówna. Na murawie przechadzała się sympatyczna czerwona maskotka, która chyba przedstawiała ptaka, ale jednocześnie przejawiała tyle gadzich cech, że być może był to archaeopteryx. Z czasem do archaeopteryxa dołączyła też para dzieci ubrana w coś, co wyglądało jak stroje ludowe, a jedno z nich miało na głowie czapkę metrowym piórem bażanta. Wiem, że to, co zapisuję, wygląda bardzo dziwnie, ale ja właśnie coś takiego widziałem - i na wszelki wypadek zaznaczam, że poza wspomnianym winem, nie byłem pod wpływem żadnych substancji psychoaktywnych (choć na trybunie raz na jakiś czas można było wyczuć woń marijuany).

Przed meczem został odtworzony (oraz odśpiewany) hymn MVV Maastricht, którego melodia dość mocno przypominała mi... Międzynarodówkę (biorąc pod uwagę, że to właśnie w Maastricht został podpisany Traktat o UE... teraz wszystko składa się w spójną całość! hurr durr, lewacy, lgbt), a następnie piknik przystąpił do piknikowania, a kibice na młynie - do kibicowania. I muszę przyznać, że byłem zaskoczony atmosferą na meczu - na froncie trybuny było zawieszone mnóstwo flag, na samym sektorze też zazwyczaj ktoś czymś wymachiwał. Było dużo zróżnicowanych piosenek (czasem też śpiewanych na zmianę z piknikiem), a po golu wyrównującym dla MVV nawet odpalono race. Generalnie, atmosfera byla bardzo fajna. Najbardziej do gustu przypadł mi fakt, że kibice mieli w swoim repertuarze bardzo fajną piosenki, którą słyszałem m.in. w Lille i w Brukseli... i tak mi wówczas przypadła do gustu, że ją nawet nieudolnie nagrałem. Tę z Maastricht również nagrałem, ale w tym przypadku też zabrałem się do tego trochę zbyt późno, bo zaczęła się już wtedy nieco rozłazić. W każdym razie, łapcie próbkę:

W przerwie meczu miała miejsce sympatyczna akcja, podczas której jakaś osoba funkcyjna strzelała w trybuny koszulkami z wyrzutni pneumatycznej (czy jak to się nazywa) - za nią podążał zaś znany już nam sympatyczny archaeopteryx. Archaeopteryx był bardzo pomocny, ponieważ kiedy ostatnia koszulka nie doleciała do trybuny (w wyrzutni skończył się chyba gaz), poszedł po nią i sam nią rzucił w stronę kibiców. Co ciekawe, zabawa z rzucaniem ubraniami tak spodobała się kibicom na mojej trybunie, że na początku drugiej połowy zaczęli uprawiać zabawę polegają na rzucaniu po sektorze bluzami. Jedna z nich zawisła na konstrukcji dachu, wzbudzając aplauz pikniku. Jeszcze większy aplauz wzbudził fakt, że kolejna zwinięta w kulkę bluza, która miała strącić z konstrukcji dachu tę pierwszą, również w jakiś magiczny sposób ugrzęzła. Także tak.

Na meczu była obecna również skromna grupa gości z Oss (miasto znajdujące się w środkowej części Niderlandów, które wydało na świat Ruuda van Nistelrooija) - w sektorze gości pojawiło się ich ok. 25-30. Wywiesili oni w swoim sektorze cztery flagi i kilka razy udawało im się przebić ze swoimi okrzykami w trakcie przerw w dopingu gospodarzy. Generalnie, nie mam do napisania o nich nic specjalnego - w każdym razie, jak w przypadku każdej grupy wyjazdowej, szacunek, że przyjechali.

Mecz
 
 

Zdaję sobie sprawę, że Eerste Divisie to nie jest poziom rozgrywkowy, który porywa Polaków - ja też nie jestem wielkim koneserem tematu i szczerze mówiąc, przed tym meczem nawet nie wiedziałem, kto jest tego dnia faworytem. Po zasięgnięciu niezbędnych informacji w Internecie na potrzeby niniejszego posta, spieszę z wyjaśnieniami, że MVV (Maatschappelijke Voetbal Vereniging) Maastricht znajdowało się w górnych partiach tabeli, podczas gdy TOP (Tot Ons Plezier) Oss w dolnych. Powinienem o nim co prawda napisać, że kręci się w pobliżu strefy spadkowej, jednak problem w tym, że... w Eerste Divisie nie ma strefy spadkowej, ponieważ nie da się z niej spaść (nie wiem, jaka logika za tym stoi).

Przyznam, że patrząc na przebieg pierwszej połowy, dużo lepsze wrażenie sprawiała drużyna gości - w każdym razie, dużo więcej działo się pod polem karnym, przy którym zajmowałem miejsce, tak więc nawet nie za bardzo żałowałem swojego wyboru. W 23. minucie po kombinacyjnej akcji gości przed polem karnym jeden z obrońców MVV totalnie się poplątał i skierował piłkę we własne pole karne, gdzie znajdował się Rick Stuy van den Herik, który z bliska pokonał Romain Matthysa. Po tym golu gospodarze jednak trochę się ogarnęli i to oni zaczęli wyprowadzać groźne sytuacje. W 28. minucie po wrzutce w pole karne Rubena van Bommela Koen Kostons z bliska trafił głową prosto w interweniującego Thijsa Jansena. W 34. minucie napastnik MVV (nie wiem, który, może znowu Kostons) dostał świetną piłkę na ok. 10. metrze od bramki Jansena. Miał tyle czasu, że zdążył sobie jeszcze ułożyć sobie tę piłkę i spokojnie złożyć się do strzału (liga holenderska jest znana z tego, że obrońcy to z reguły pozoranci) i strzelił... wprost w Jansena, a dobitka poszła wysoko nad bramką. W 36. minucie gospodarze w końcu dopięli swego - po szybkiej kontrze piłkę z bliska do pustej bramki załadował Ruben van Bommel (bardzo dobrze wystawił mu piłkę właśnie Kostons). W 45. minucie mogło być 2:1 - MVV wyprowadziło szybką kontrę (która została zapoczątkowana tym, że jeden z graczy gospodarzy dostał piłką w twarz), a Kostons strzałem z 20. metrów próbował przelobować Jansena, który wyszedł na 15. metr. Piłka minęła zarówno bramkarza, jak i bramkę, tak więc nadal było 1:1. W ostatniej akcji pierwszej połowy jeden z piłkarzy TOP oddał strzał z 18 metrów, który dosłownie o centymetry minął bramkę gospodarzy (Matthys nawet nie drgnął). Na szczęście, pierwsza połowa skończyła się rezultatem 1:1.

Druga połowa rozpoczęła się bardzo leniwie, ale gol na 2:1 spowodował, że nagle wszystko się rozkręciło. W 56. minucie z ok. 40. metra w pole karne zagrał Jarne Steuckers, a tam Ruben van Bommel w sytuacji sam na sam przelobował bramkarza... a następnie jeszcze z bliska wpakował wślizgiem piłkę do bramki. Gol wyglądał abstracyjnie, zupełnie jak w jakimś symulatorze piłki nożnej. Trzy minuty później było już 3:1 - z wolnego wrzucił Steuckers, a w zamieszaniu w polu karnym piłkę do własnej bramki z najbliższej odległości skierował Roshon van Eijma. Ten gol spowodował, że z piłkarzy MVV zeszło totalnie ciśnienie - zaczęli grać bardzo swobodnie, momentami nawet bezczelnie. W 63. minucie Ruben van Bommel (w kadrze MVV jest dwóch van Bommelów, więc na wszelki wypadek cały czas zaznaczam, o którego chodzi) zagrał doskonałą piłkę w pole karne do Nickiego Sourena, który z bliska podwyższył na 4:1 dla drużyny Maastricht.

Po tych 7 minutach, które zmiażdżyło piłkarzy gości, MVV raczej cofnęło się do defensywy i dopuściło piłkarzy TOP do kilku groźnych sytuacji, ale ich trzybramkowa przewaga utrzymała się aż do doliczonego czasu gry. Wtedy piłkarzom MVV udało się podwyższyć jeszcze na 5:1 - gospodarze wyprowadzili szybką kontrę, po której strzał Thomasa van Bommela (mówiłem, że jest ich dwóch) obronił Jansen, ale wobec dobitki Dailona Rochy był już bezradny. Koniec, 5:1, Viva Mestreech.

next  prev