glownachomikmapatrocinytags
Tallinna FC Flora - FC Kuressaare 2:1 (2:0)
22.10.2022 17:00
A. Le Coq Arena, Tallinn
Premium Liiga
Widzów: 452
Cena biletu: 7 € (Mängupäeval)
               

Ilekroć jakaś rozmowa schodziła na temat Estonii, każdy prosił mnie o wypowiedzenie się, ponieważ widziałem ten kraj - ja musiałem wtedy prostować tę informację, ponieważ akurat w Estonii nigdy nie byłem (co było dla mnie dość dużym powodem do wstydu). W końcu postanowiłem nadrobić swoje zaległości; oto pierwsza chomicza relacja z Estonii.

Dotarcie na mecz
 
 

Pierwotnie moja wycieczka miała wyglądać nieco inaczej. Na październik miałem zarezerwowany lot Ryanairem z Modlina do Košic, za który zapłaciłem zaledwie 39 PLN. Moje plany zobaczenia na żywo FC Košice, osiedla Luník IX, Zemplínskej šíravy i Zemplína Michalovce zostały jednak pokrzyżowane, ponieważ mój lot został odwołany (czyżby lot w cenie 39PLN za bilet był nierentowny). Co ciekawe, nie wyszedłem na tym źle - otóż za unieważniony bilet przysługiwał mi zwrot pieniędzy (meh) albo... bilet na jakikolwiek inny lot z Modlina, co oznacza, że mogłem np. polecieć do Lizbony, Madrytu czy innej Barcelony za de facto 39 PLN. Biorąc jednak pod uwagę, że noclegi i lot powrotny musiałbym już opłacić ze swoich pieniędzy (co oznacza zaoszędzenie 500 PLN w celu przepłacenia 1000 PLN), wybrałem sobie dużo bardziej skromną opcję zastępczą, czyli lot do Rīgi.

W piątek o 17:25 czasu lokalnego przyleciałem na Lidosta Rīga, skąd pojechałem autobusem miejskim linii 22 do centrum miasta (oznacza to, że transfer z lotniska do centrum miasta kosztuje 1,15€!). Z racji tego, że byłem w tym mieście 4 lata temu, nie potrzebowałem żadnej mapki, by trafić do sklepu, fast-fooda i do mojego hotelu. Po przenocowaniu w hotelu poszedłem z samego rana na Autoosta R€ga, skąd o 7:30 odjeżdżał mój FlixBus do Tallinna (co ciekawe, relacja zaczynała się w Warszawie). Mniej więcej zgodnie z czasem, bo o 12:00, pojawiłem się na Tallinna Bussijaam i przystąpiłem do energicznego zwiedzania miasta. Dotarłem na stare miasto, obejrzałem z zewnątrz najważniejsze zabytki, zakupiłem niezbędne pamiątki oraz znaczki pocztowe. Następnie wybrałem się na halę targową, gdzie w jednym z barów zjadłem борщ и пирог (zostałem też pochwalony za znajomość rosyjskiego), a następnie przejechałem się koleją podmiejską na stację Kitseküla, gdzie znajdował się mój kapsułowy hostel oraz stadion, na którym miał odbyć się dzisiejszy mecz.

Niestety, ze względu na pomieszanie stref czasowych, byłem pod stadionem o godzinę wcześniej niż planowałem (od razu prostuję - wiem, że istnieje takie coś jak strefy czasowe, ale nie spodziewałem się, że godzina meczu na soccerway.com również się zaktualizuje). Wstąpiłem więc do znajdującego się nieopodal centrum handlowego Kristiine Keskus, gdzie kupiłem sobie swój standardowy bałtycki zestaw przekąsek, czyli kwas chlebowy, suszone rybki i serek w czekoladzie (choć na pewno lepiej by było spędzić tę nadprogramową godzinę w centrum Tallinna).

Stadion
 
 

A. Le Coq Arena w Tallinnie, czyli estoński stadion narodowy i przy okazji siedziba krajowego związku piłki nożnej. Przy okazji, tytułowy A. Le Coq nie jest bynajmniej patronem stadionu, a jego sponsorem tytularnym, ponieważ jest to marka najbardziej znanego browaru w Estonii (ale w nazwie firmy rzeczywiście jest jakiś facet, co czyni go pośrednio patronem stadionu). Stadion liczy 14,5 tys. miejsc siedzących i zgodnie z wikipedyczną ciekawostką, odbył się tu mecz o Superpuchar Europy 2018 pomiędzy Realem a Atletico.

Na stadionie znajdują się dwa pierścienie trybun - dolny i górny. Krzesełka są jednolicie zielone, jedynie na jednej z trybun (tej głównej, na której znajdują się również loże VIP) jest również domieszka białych krzesełek, które tworzą 2 napisy o treści EJL (czyli Eesti Jalgpalli Liit - Estoński Związek Piłki Nożnej). Stadion jest w pełni zadaszony, ale należy powiedzieć, że zadaszenie jest trochę przykrótkie, ale na szczęście nie padało. Stadionowi nieco powabu odbierają natomiast... dobudówki - na górnym pierścieniu ewidentnie dobudowane są dodatkowe rzędy krzesełek, które odróżniają się od reszty trybuny kolorem (są białe) oraz tym, że są osadzone jedynie na stalowej konstrukcji i prześwituje tam światło. Z historycznych zdjęć wnioskuję, że bez tych protez wyglądało to lepiej (ale z drugiej strony, stadion nie dobiłby do pojemności 14 tys., co pewnie było jednym z warunków przyjazdu Realu i Atletico).

Z innych rzeczy, które warto jest podkreślić - na stadionie znajduje się prawdziwa, naturalna murawa, co na tej szerokości geograficznej nie jest takie oczywiste (być może wspomiana dobudówka jest prześwitująca właśnie ze względu na konieczność jej naświetlania). Na stadionie znajdują się dwa telebimy - są one ulokowane w miarę nietypowo, bo nie za bramkami ani nie w narożnikach, a na wysokości linii środkowej. Obok głównego obiektu znajduje się również boisko boczne, które jest co prawda sztuczne, ale posiada bardzo przyzwoitą trybunę mogącą pomieścić 1200 widzów (boisko wygląda na tyle porządnie, że aż posiada sponsora tytularnego i nosi miano Sportland Areny).

Atmosfera
 
 

W Estonii mieszka zaledwie 1,3 mln osób z czego 1/3 w Tallinnie, ale nie będę o tym wspominał, bo psuje mi to wywód, a piłka nożna jest chyba trzecim najbardziej popularnym w tym kraju sportem, po koszykówce i hokeju na lodzie. Biorąc to pod uwagę, liczba widzów, która tego dnia nawiedziła estoński stadion narodowy (452 osoby) nie jest chyba złym wynikiem. Ze względów organizacyjnych na dzisiejszym meczu dostępne dla widzów były jedynie dwie trybuny - jedna zabramkowa i jedna położona wzdłuż linii bocznej, w obydwu przypadkach jedynie dolny pierścień.

Zasiadłem na trybunie położonej wzdłuż linii bocznej, żeby mieć lepszy widok na wydarzenia boiskowe. Na trybunie panowała atmosfera piknikowo-koneserska i niewiele mam ciekawego do powiedzenia. Nie było tu żadnych zaśpiewów, bardzo niewiele osób miało jakiekolwiek barwy - obok mnie zupełnie przypadkowo siedział zaś autentyczny nastolatek z Włoch, który chyba zupełnie przy okazji chciał sobie zobaczyć mecz najwyższej ligi i był wyraźnie skonsternowany tym, że nie ma tu atmosfery jak na San Siro. Na pikniku siedziało również trochę kibiców gości, którzy mieli ze sobą pojedyncze żółte szaliki i po groźniejszych sytuacjach dla gości wznosili okrzyki Kure, Kure!.

Ale poza piknikiem istniała również grupa kibiców zgromadzona na trybunie zabramkowej - było ich około 70-80. Sektor wyglądał dużo bardziej godnie niż nasz piknik, ponieważ wiele osób miało na sobie zielono-białe szaliki (było też parę bluz klubowych), a poza tym mieli oni parę zielono-białych machajek, a nawet rozwiesili na trybunie... 6 flag (toż to jedna flaga przypadająca na ok. 14 kibiców - można powiedzieć, fanatyzm, do którego daleko Legii czy Lechowi). Na trybunie wisiała więc zielono-biała flaga z herbami Flory i napisem One Club, One Love, One Life, flaga FC Flora, flaga Kammer i całkiem duża flaga ROHE-VALGE VÕIM (Zielono-Biała Siła); swoje flagi mieli również Raio Piiroja oraz Rauno Alliku (spokojnie, obydwaj żyją, a Alliku jest nawet nadal czynnym piłkarzem Flory). Kibice zgromadzeni na swojej trybunie dość często intonowali różne niedługie przyśpiewki, ale z racji tego, że język estoński (zupełnie jak węgierski ciekawe, czy coś je łączy) jest dla mnie przypadkiem beznadziejnym i nawet nie próbuję go zrozumieć, mogę przytoczyć jedynie to, że na pewno skandowali Flora! Flora!

Co prawda siedziałem na pikniku, ale również miałem na sobie szalik klubowy - wewnątrz trybuny znajdowało się dobrze wyposażone stoisko, gdzie można było nabyć wszystkie niezbędne pamiątki. Posługując się oczywiście niezbyt lubianym w Estonii rosyjskim, kupiłem sobie dość drogi kubek i dość tani szalik (był tani, ponieważ na jego odwrocie znajdowały się herby drużyn, z którymi Flora grała w sezonie 2021/22 w LKE - KAA Gent, Partizanem Beograd i Anorthosisem Famagusta; co ciekawe, Flora wygrała raz z Partizanem i ugrała w 2 remisy z Cypryjczykami), a także bibelot dla brata. Napędzany kolekcjonerską pasją pobrałem również... kupon uprawniający do darmowego wejścia na kolejny mecz Flory. Poza sklepikiem w przestrzeni wewnątrz trybuny znajdowało się stoisko gastronomiczne (gdzie zakupiłem obowiązkowe bałtyckie sucharki), stoliki z kredkami dla dzieci, półka z kocami, które można było sobie brać na trybunę oraz warnik, obok którego był przyklejony komunikat TASUTA TEE!. Tylko dzięki dużemu zbiegowi okoliczności dowiedziałem się, że oznacza to po estońsku darmowa herbata, dzięki czemu skorzystałem dobrodziejstw ciepłego napoju zarówno przed meczem jak i między połowami.

Mecz
 
 

Warto na początek przedstawić ówczesną sytuację w estońskiej Meistriliidze/Premier Liidze (nie wiem, dlaczego w Internetach funkcjonują dwie równoległe mazwy, w każdym razie EJL stosuje nazwę Premier Liiga). Otóż stawką dzisiejszego meczu było... nic. Estonia, zresztą tak jak inne kraje byłego ZSRR bałtyckie i skandynawskie gra bowiem systemem wiosna-jesień, a na 4 kolejki przed końcem sezonu Flora miała kilkunastopunktową przewagę nad drugą w tabeli Levadią (przy okazji, przyznam, że Florę i Levadię trudno jest wzajemnie rozróżnić - to samo miasto, ten sam stadion, te same barwy, podobny herb, podobny poziom piłkarski i podobna data założenia). Dzisiejsi rywale Flory, drużyna z ciekawie położonego Kuressaare, to zespół ze środka stawki (5. miejsce w tabeli), któremu na 4 kolejki przed końcem właściwie nie groziła zmiana pozycji ani w górę, ani w dół.

Stawka meczu nie była więc zbyt wysoka, ale smaczku rywalizacji dodawał fakt, że na murawie zobaczyłem tego dnia wielu starych znajomych każdego fana polskiej Ekstraklasy (niestety, ale okazuje się, że żadnego z nich nie widziałem wcześniej na żywo). Przede wszystkim, kapitanem zielono-białych był dobrze znany w Polsce Henrik Ojamaa (a znany był ze swojego wprost niepoprawnego zamiłowania do niemal podwórkowego dryblowania), ponadto w pierwszym składzie wyszli Sergei Zenjov, Ken Kallaste, a na ławce siedzieli Konstantin Vassiljev i Markus Poom (ten ostatni akurat nie grał nigdy w Polsce, ale za to jest synem słynnego Marta Pooma). Kadra Kure nie budziła zaś u mnie żadnych sentymentów, ponieważ wszyscy piłkarze byli dla mnie doskonale anonimowi.

Mecz zaczął się... zupełnie tak, jak powinien się zacząć. W 10. minucie Henrik Ojamaa pokręcił się w okolicy narożnika boiska sam przeciwko trzem obrońcom - tego przedryblował, tego przepchnął, parę razy prawie stracił piłkę, ale ostatecznie udało mu się ją wystawić na jakiś 22. metr do Vladislava Kreidy. Pomocnik Flory oddał mocny strzał pod poprzeczkę i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Flora prowadziła grę, tworzyła średnio groźne akcje (w 20. minucie strzał Danila Kuraksina obronił Ingmar Kristen Paplavskis) i generalnie kontrolowała wydarzenia boiskowe. W 37. minucie pomiędzy jej obrońcami doszło jednak do dużego nieporozumienia, w wyniku czego Sten Reinkort przejął piłkę, przebiegł z nią kilkanaście metrów, a następnie zagrał w pole karne do niepilnowanego Mattiasa Männilaana. Ten jednak, pomimo że miał trochę czasu i miejsca, oddał strzał z pierwszej piłki prosto w Karla-Rometa Nõmma, który obronił ten strzał. Natomiast dwie minuty później to stoperzy Kuressaare sprezentowali okazję rywalom - obydwaj odprowadzali spokojnie piłkę turlającą się w kierunku ich pola karnego, gdy spomiędzy nich wyskoczył Aleksandr Šapovalov (wprowadzony kilka minut wcześniej za kontuzjowanego Sergeia Zenjova) i w sytuacji sam na sam pokonał Paplavskisa. Do przerwy Flora prowadziła 2:0.

W drugiej połowie piłkarzom Kure udało się zdobyć gola kontaktowego. W 69. minucie po rzucie rożnym piłka trafiła do znajdującego się na 20. metrze Otto-Roberta Lippa, który posłał farfocla w kierunku długiego rogu bramki Nõmma. Piłka przeszła przez cały gąszcz piłkarzy chyba przez nikogo nietrącona i wpadła do bramki obok skonfundowanego bramkarza. Dzięki tej bramce mieliśmy emocje do samego końca - w 90. minucie Nõmm wyciągnął się jak struna i odbił mierzony strzał w okienko jednego z piłkarzy Kuressaare na rzut rożny. Po wrzutce z tego kornera piłka trafiła do... Paplavskisa (ci, którzy nadążają za wymienianymi w relacji nazwiskami, pewnie ogarnęli, że bramkarz Kure zrobił sobie wycieczkę w pole karne Flory), którego strzał po ziemi został zatrzymany na linii bramkowej przez obrońcę Kreidę. Dwie minuty później po wrzucie z autu w pole karne Marko Lipp (obrońca Flory) interweniował głową tak niefortunnie, że piłka omal nie wpadła Nõmmowi za kołnierz, ale ten przeniósł ją bezpiecznie nad poprzeczką. Flora dociągnęła prowadzenie do ostatniego gwizdka.

next  prev