 |
Ferencvárosi TC - Videoton Székesfehérvár 2:2 (2:1)
02.09.2018 18:00
Groupama Arena, Budapest
Nemzeti Bajnokság I
Widzów:
14,521
Cena biletu:
- (nie dotarłem na mecz)
| |
Ku przestrodze dla wszystkich planujących swoje wakacje w nazbyt beztroski sposób - ignorancja może naprawdę dużo kosztować.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Cóż, plan był taki, że po przylocie do Budapestu i spędzeniu dnia z siostrą (która jest tu na Erasmusie), melduję się w swoim hostelu, a następnie jadę 3. linią metra na Groupama Arena. Na przeszkodzie stanął mi niestety fakt, że Budapest... mnie nie lubi - najpierw bowiem okazało się, że 3. linia metra w weekendy nie jeździ (zamiast niej jest komunikacja zastępcza, która gwoli prawdy jest bardzo dobra, ale pominę ten fakt, ponieważ psuje mi to narrację). To skomplikowało moje plany, ale jeszcze nie spowodowało, że ostatecznie nie dotarłem na mecz...
Otóż w swojej naiwności udałem się ok. godziny 15, na trzy godziny przed meczem, do swojego hostelu do miejsca, gdzie miał znajdować się hostel, celem zameldowania się i zostawienia tam bagaży. Po obejściu przeze mnie całego kwartału kamienic przy Keleti Palyaudvar (obiektywnie jest to znakomita lokalizacja) stwierdziłem, że nigdzie nie widzę hostelu - zadzwoniłem więc pod numer telefonu, który znajdował się na moim potwierdzeniu rezerwacji i dowiedziałem się, że to miejsce istnieje, ale gospodarz przyjedzie za jakieś 10-15 minut. I rzeczywiście przyjechał - wpuścił mnie do kamienicy, wjechał ze mną windą na drugie trzecie piętro (gospodarz sam nie pamietał, które to miało być), a następnie poprowadził mnie do zwykłego mieszkania. Po drodze przeszliśmy przez galerię kamienicy, gdzie... przesiadywało mnóstwo Romów i innych ludzi o śniadym odcieniu skóry (ciężko jest stawiać tezy o nieróbstwie , ponieważ akurat była niedziela). Na kilkanaście osób, które widziałem w tym budynku, byłem zdecydowanie najbielszy ze wszystkich (nie żebym był rasistą, bo w moich oczach rasiści są śmieciami i hańbą ludzkości... ale tutaj sam czułem się elementem obcym etnicznie). Weszliśmy najpierw do mieszkania, a potem do mojego pokoju - po wklepaniu przez wydziaranego gospodarza prymitywnie prostego kodu w drzwiach (moje drzwi miały numer 005, a kodem do nich była kombinacja 015 - tym sposobem zapewne poznałem od razu kody do wszystkich pozostałych pokojów). Przedstawił mi on, co i jak, po czym wyszedł.
A ja zacząłem rozważać swoją sytuację. Otóż siedziałem sam, w jakimś ćwierćlegalnym hostelu w kamienicy pełnej Romów, wśród których Polacy mają chyba słabą opinię. Mój pokój jest zamykany na kod, który znają chyba wszyscy w okolicy, a ja mogę ewentualnie zamknąć się jeszcze od wewnątrz prymitywnym skoblem. Moją wolę złamał chyba ostatecznie stojący na stoliku sztuczny kwiatek z IKEA, na którym nadal znajdowała się metka z ceną - wytworzyło to w mojej głowie wrażenie, że obiekt powstał przedwczoraj, a służy on do porywania ludzi i wycinania im narządów. Niemalże uciekłem ze swojego zarezerwowanego w okazyjnej cenie lokum i wróciłem do mieszkania siostry, gdzie zarezerwowałem sobie coś innego (musiałem wrócić do niej, bo w międzyczasie z bliżej nieokreślonego powodu padł mi roaming - Budapest naprawdę mnie nie lubi). W każdym razie, przez to zamieszanie, musiałem sobie odpuścić mecz.
Cóż, nie wiem kogo za zaistniałą sytuację winić. Oczywiście w pierwszej kolejności byłem wściekły na tych wszystkich śniadych, co to lewe interesy robią i w Booking.com podają się za hostel. Ale... jakim trzeba być debilem, żeby w takim razie rezerwować tam pokój? Gdybym poświęcił 5 minut na przeczytanie opisu lokum, a przede wszystkim komentarzy, ominęłaby mnie ta antyprzygoda.
| | Stadion |
    |
Jaki stadion? Nie miałem okazji zobaczyć stadionu.
W następne dni mojego pobytu w Budapeszcie zobaczyłem jednak parę innych miejsc godnych odwiedzenia, m.in. Terror Haza (tzw. Dom Terroru, czyli miejsce, które chyba każdy Polak, będąc w Budapeszcie, powinien zobaczyć) oraz pomnik Ferenca Puskasa, czyli pierwsze od iluś tam lat odwiedzone przeze mnie miejsce, przy którym chciałem mieć zdjęcie. W ramach pamiątki z Węgier kupiłem sobie w galerii handlowej kubek z Ferencem Puskasem (dla mnie jest to bardzo ważna pamiątka; kiedy raz w stanie nietrzeźwości chciałem dowieść koleżance, że nie jest ze mną tak źle, zacząłem podawać jej skład węgierskiej Złotej Jedenastki) Chciałem co prawda zakupić ten kubek w sklepie Kispest Honved, jednak pod wskazanym przez Google Maps adresem nie znalazłem żadnego sklepu. Doszedłem do wniosku, że Budapest to miasto pełne... nieistniejących miejsc.
| | Atmosfera |
Jaka atmosfera? Nie mam pojęcia, co działo się w trakcie meczu.
| | Mecz |
Kiedy patrzę w internetach, co mnie ominęło, jestem jeszcze bardziej rozczarowany. Ferencvarosi prowadziło z Videotonem już 2:0 (swoją drogą, zdaję sobie sprawę, że ten klub nazywa się teraz MOL Vidi FC , ale nazwa Videoton to przecież klasyk nad klasyki; budzi ona sentyment niczym Stomil lub Stilon), by wypuścić z rąk zwycięstwo i ostatecznie jedynie zremisować 2:2. Drugiego gola dla Ferencvarosu strzelił znany z polskich boisk Gergo Lovrencsics. Ponadto, po boisku biegali m.in. Finnbogasson, Huszti, Juhasz, czy Lazović. Stąd, ponawiam swój apel - zastanówcie się 10 razy zanim wynajmiecie sobie nocleg bez zastanowienia się. Jakkolwiek to brzmi.
|
| |
| |
  
|
|