glownachomikmapatrocinytags
Mazovia Mińsk Mazowiecki - Błękitni Raciąż 1:0 (1:0)
2017-10-28 13:00 13:20
Stadion Miejski MOSiR w Mińsku Maz.
4. liga mazowiecka, gr. północna
Widzów: 60-70
Cena biletu: 5 zł (normalny)
       

4. liga mazowiecka to pod względem poziomu sportowego i organizacyjnego moje ulubione rozgrywki. Nie wiem więc, jak to możliwe, że w tym sezonie dopiero dziś wybrałem się po raz pierwszy na mecz czwartej mazowieckiej. Po tym przejmującym wstępie mogę już zacząć zdawać relację z Mińska Mazowieckiego.

Dotarcie na mecz
 

Mińsk Mazowiecki jest miastem powiatowym znajdującym się na wschód od Warszawy, w jakiejś 1/3 drogi pomiędzy stolicą a Siedlcami. Nie potrafię niestety napisać na temat tego miasta nic charakterystycznego, bo tym razem nie zgłębiałem historii miejsca, do którego przybyłem. Jedyne, co wiem o tym mieście, opowiedział mi dyrektor (z pracy), który mieszka w Siedlcach – otóż zanim jeszcze powstała obwodnica Mińska Mazowieckiego, zawsze stał w tym mieście pół godziny w korkach, które zaczęły powstawać, odkąd postawiono sygnalizację świetlną na skrzyżowaniu z drogą dojazdową do miejscowego kościoła. A więc tyle dowiedziałem się o Mińsku Mazowieckim.

Ze względu na położenie Mińska Mazowieckiego, dotarłem tam pociągiem Kolei Mazowieckich relacji Warszawa Zachodnia – Siedlce (sam wsiadłem na stacji Warszawa Śródmieście) – oczywiście punktualnie, co jest standardem u tego przewoźnika. Na stacji powitał mnie deszcz, zimny wiatr i pogoda ogólnie nienastrajająca do wycieczek krajoznawczych z tego powodu nie podziwiałem za bardzo lokalnych krajobrazów i od razu udałem się na Sportową. Po drodze nie uświadczyłem niestety żadnych plakatów, na murach też nie ujrzałem żadnych ciekawych grafów (inna sprawa, że w drodze z dworca minąłem trzy bloki i już byłem przy stadionie), jedynie parę vlepek.

Na MOSiR doszedłem ok. 12.30, na pół godziny przed meczem, czyli całkiem wcześnie. Pod budynkiem MOSiR właśnie wykręcał autokar na numerach wskazujących na któryś z powiatów z północnego zachodu Mazowsza. Goście bowiem dotarli na stadion również na pół godziny przed meczem… czyli całkiem późno. Spowodowało to, że mecz bynajmniej nie rozpoczął się o równo o godzinie 13.00.

Stadion
 

Główna trybuna stadionu składa się z pięciu rzędów niezbyt szałowych, ale utrzymanych w dobrym stanie żółto-niebieskich krzesełek – w sumie, zgodnie z oficjalną informacją, jest ich 600. Część z nich, strzelam, że jakieś 80, znajduje się pod blaszanym dachem – w kącie tego sektora schowany był również spiker stadionowy. Z racji tego, że dach jest wsparty dużą ilością różnorakich słupków nieco przesłaniających widok, zdecydowałem się na oglądanie meczu na stojąco, poza tym sektorem VIP. Należało się przy tym trochę od niego oddalić, ponieważ czasami przesłaniał mi wydarzenia boiskowe.

Na mińskim MOSiR znajduje się element, którego bardzo nie lubię, mianowicie bieżnia. Jej obecność zawsze powoduje, że gra toczy się kilka metrów dalej od trybun, niż powinna. Co więcej, w tym przypadku mamy do czynienia z bieżnią niskobudżetową, taką jak jest np. w Wołominie – czarną, żużlowo-ziemną, której widok wprawia w żałość, szczególnie gdy napada na nią deszcz. Poza bieżnią, na obiekcie znajdował się również kort tenisowy, boisko do siatkówki plażowej oraz scena. I toalety, w stanie co najmniej zadowalającym.

Zdecydowanie należy pochwalić Mazovię za dystrybucję znakomitych biletów (z jakichś powodów formalnych nazywanych biletami-cegiełkami). Wydrukowane na solidnym kartonie, barwne, profesjonalne. Kolekcjonerskie. Co prawda dystrybuowano dokładnie te same bilety przez całą rundę i jedyne, co różni bilet z jednego meczu od drugiego jest fakt przebicia kasownikiem innego herbu (tak więc można było przed sezonem wydrukować hurtem całą partię wysokiej jakości wejściówek), ale i tak jestem pod wielkim wrażeniem ich jakości.

Atmosfera
 

Flaga „Mińsk Maz” jest co prawda widywana na Żylecie, ale na samych meczach czwartoligowej Mazovii chyba nie ma takiej kibicowskiej zajawki. Wiem, że ciężko jest ferować wyroki na podstawie jednego meczu, do tego rozgrywanego przy fatalnej pogodzie (deszcz, kilka stopni na plusie i wiatr) w sobotę o 13 (na trybunie dominującym napojem był OSHEE – niedawno dowiedziałem się od koleżanki, w jakich celach spożywa się ten napój i stąd wnioskuję, że piątki w Mińsku Mazowieckim nie są lekkie). Jednak mimo wszystko obstawiam, że oglądałem w miarę reprezentatywną próbkę mińskiego klimatu.

Dopingu nie było (choć raz, czy dwa razy ktoś krzyknął z trybuny „Maza!”), za to na trybunie krytej znajdowało się kilka osób w białych szalikach z czerwonymi i niebieskimi wstawkami. Ludzie na trybunie podzielili się tak, że mniej więcej połowa oglądała spotkanie z trybuny krytej, a druga połowa stała na szczycie trybuny i w ten sposób oglądała mecz (co świadczy o tym, że moje stanie w deszczu i na wietrze nie było jakimś wielkim ewenementem). W pierwszej połowie znajdowałem się raczej wśród emerytów, którzy prowadzili rozmowy na temat przebiegu dzisiejszego meczu, innych spotkań ligowych i krzycząc czasem do zawodników, aby ten podał, a tamten strzelał („trzeba chwalić każdą próbę strzału – a nuż mu kiedyś zejdzie i trafi…”). Nieopodal znajdował się też ktoś, prawdopodobnie nietutejszy, kto przebieg całego meczu uwieczniał na kamerce. Cóż, jeden zbiera kubki czwartoligowych drużyn, inny nagrywa ich mecze. A właśnie, a propos pamiątek, niestety nie powiększyłem tego dnia swoich zbiorów. Pogoda była tego dnia tak kijowa, że organizatorzy postanowili nie rozkładać kramiku – a ponoć zwykle są dostępne szaliki, czy smycze.

W drugiej połowie oglądałem mecz wśród ludzi w wieku produkcyjnym – ci nie byli tak gadatliwi jak emeryci. Przy okazji, dojrzałem jeszcze jednego kibica, który oglądał mecz z prawdziwej loży – tarasu domu, który sąsiadował ze stadionem. Ze względu na to, że mecz rozpoczął się z niemal 20-minutowym spóźnieniem, a ja miałem zaplanowany powrót z Mińska o konkretnej godzinie (głupio byłoby spóźnić się na mecz Polonia - Widzew), musiałem niestety pierwszy raz w życiu wyjść z meczu przed ostatnim gwizdkiem, a dokładnie w 86. minucie. Boleję nad tym, ale myślę, że w takim przypadku mogę się zasłaniać wyższą koniecznością.

Mecz
 

Raciąż znany jest z tego, że urodził się tam i zaczynał karierę Marek Jóźwiak, ponadto obecnie gra tutaj Błażej Kokosiński (z tych Kokosińskich, a w zasadzie „od tego Kokosa”) – dziś na rezerwie. Zaskakujące dla mnie jest to, jak wiele zmieniło się w tym klubie w ciągu ostatniego roku:

Czerwiec 2016 – Błękitni kończą III ligę, grupę łódzko-mazowiecką na 9. miejscu. Spadają poziom niżej tylko dlatego, że w wyniku reorganizacji rozgrywek 8 grup III ligi jest łączone w 4 grupy, więc należało spuścić połowę drużyn (ratował się dopiero 8. Świt).

Październik 2017 – Błękitni są na przedostatnim miejscu w tabeli IV ligi mazowieckiej północ; przyjeżdżają do Mińska Mazowieckiego z kompletem wyjazdowych porażek

Zaczęło się normalnie, niczym mecz vice-lidera ligi z przedostatnim zespołem. W 2. minucie Żenia Romanow pociągnął akcję prawym skrzydłem, dograł do niepilnowanego Siedleckiego, który z jakichś 5-6 metrów strzelił na 1:0 obok bezradnego bramkarza, który nawet nie miał po co interweniować. A kolejne bramki były tylko kwestią czasu – tak przynajmniej to wyglądało. Mazovia grała prawie cały czas na połowie gości, grając dość ciekawie kombinacyjnie, głównie rozgrywając prawym skrzydłem. Raciążanie stawiali na pojedyncze kontry – w sumie jedna z nich okazała się bardzo groźna, ponieważ napastnik grających dziś na żółto Błękitnych wyszedł w sam na sam z bramkarzem Mazovii. Wypuścił sobie zbyt mocno piłkę i bramkarz zdążył z interwencją – napastnik próbował się jeszcze o niego przewrócić (z ławki gości dało się słyszeć „karny! karny!”), ale sędzia nie dał się naciągnąć. Mazovia doprowadzała do groźnych sytuacji, kotłowało się w polu karnym, miały miejsce niecelne strzały, ale nie udało im się podwyższyć prowadzenia.

Około 30. minuty trochę zagotował się Puciłowski, który zatrzymany w dogodnej sytuacji pociągnięciem za koszulkę wygłosił dużo nieparlamentarnych słów pod adresem przeciwnika oraz sędziego, któremu zarzucał pobłażliwość. I w sumie miał rację, ponieważ minutę później, znajdując się już na drugim skrzydle, został wycięty równo z trawą, a sędzia nadal nie sięgał do kieszeni. „Chuju, dzie masz kartki?” – krzyczał kibic. Sędzia przez cały mecz tylko raz ukarał kogokolwiek herbatnikiem (obrońca Błękitnych, w drugiej połowie). Wspomniani Puciłowski i Romanow stwarzali tego dnia największe zagrożenie, szalejąc na skrzydłach.

W trakcie drugiej połowy Mazovia nadal cisnęła gości, ale w paru dogodnych sytuacjach (m.in. idealna wystawa na 15. metr, czy rzut wolny z nieco ponad 20 metrów) pudłowała, albo akcję przerywał bramkarz Błękitnych. W 69. minucie dogodną akcję Mazovii przerwał obrońca Raciąża, który będąc w polu karnym w pozycji leżącej (akurat zagrał wślizgiem), mimowolnie obronił twarzą uderzenie z odległości zaledwie paru metrów. Strzał dosłownie go znokautował, ale o dziwo, po paru minutach powrócił do gry.

Pod koniec meczu nagle goście doszli do głosu. Najpierw w 72. minucie po wrzutce z wolnego w pole karne odpuszczony piłkarz Błękitnych omal nie trafił na 1:1. Parę minut później w dogodnej sytuacji Wilczyński trafił w piłkochwyt. W 81. minucie po kolejnej wrzutce z wolnego bramkarz Mazy zderzył się z własnym obrońcą, ale nikt nie wykorzystał tego błędu i piłka wyszła na aut bramkowy.

… później nastała 85. minuta i byłem zmuszony opuścić stadion, aby zdążyć na pociąg. Na szczęście jak się okazało, nie przegapiłem przez to żadnej bramki (czyli teoretycznie mógłbym wyjść w 2. minucie?).

next  prev