glownachomikmapatrocinytags
Kartofliska.pl Warszawa - Bar Ulubiona ETV Warszawa 1:1 (0:0), k. 2:3
15.08.2017 17:00
Stadion Marymontu Warszawa
Okręgowy Puchar Polski, Mazowiecki ZPN Grupa: Warszawa, I runda
Widzów: ok. 500
Cena biletu: - (wjazd za free)
       

Czy wybrałbym na mecz Reprezentacja TVN – Reprezentacja Polityków? Oczywiście, że nie (i mam wrażenie, że nawet nie muszę tłumaczyć, dlaczego). Dlaczego w takim razie wybrałem się na hicior Kartofliska.pl Warszawa – Bar Ulubiona ETV Warszawa? Cóż, mam dwa wytłumaczenia. Albo co najmniej dwa.

Dotarcie na mecz

A, właśnie, miały być wytłumaczenia, dlaczego wybrałem się na ten hicior:

  • Po pierwsze, to nie był mój pomysł, a kolegi K., który namówił mnie na ten mecz. To on powinien być ewentualnie szkalowany za ten pomysł.
  • Po drugie, pomysł był bardzo dobry. Można się trochę odprężyć oglądając antyfutbol czystej wody, a przy okazji dopisać sobie kolejne dwie drużyny do listy obejrzanych zespołów (do zliczania widzianych na żywo zespołów zainspirował mnie groundhopper W., który sam widział ich już ok. 400 – a w moim przypadku Kartofliska.pl okazały się akurat być tą 100. drużyną). A drużyny Kartoflisk w żadnych innych rozgrywkach pod egidą PZPN już nie zobaczę.
  • Po trzecie, to nie jest pierwszy lepszy jajcarski mecz. Są to oficjalne rozgrywki organizowane przez PZPN, co oznacza, że teoretycznie stawką meczu jest finał Pucharu Polski 2 maja 2019 na Narodowym. Wiem, że wygranie przez Kartfofliska kilkunastu meczów pod rząd i awans do finału to był całkowicie abstrakcyjny scenariusz, ale jednak scenariusz o niezerowym prawdopodobieństwie. Taki fizyk kwantowy wcale by się nie zdziwił, że rozpatrywałem taką możliwość.
  • Po czwarte, gdyby abstrakcyjny argument o finale Pucharu Polski był niewystarczający, niech o powadze rozgrywek zaświadczy, że na zwycięzcę meczu w następnej rundzie czekają rezerwy Pogoni GM, czyli zespół z okręgówki.
  • Po piąte (bo cztery poprzednie punkty napisałem wczoraj, jeszcze przed meczem – ot, taka oszczędność czasu) – mecz okazał się być wielkim świętem szeroko pojętego Against Modern Football.
Co do samej drogi na mecz, w tej sekcji nie będzie żadnych niesamowitych zdjęć, bo i wyprawa nie była jakaś specjalnie długa. Po pożywieniu się wraz z K. w lokalu oferującym kuchnię azjatycką pojechaliśmy metrem na stację Plac Wilsona, a stamtąd poszliśmy na stadion RKS Marymont. Po upewnieniu się, że niszczejący obiekt Marymontu rzeczywiście będzie areną dzisiejszych Derbów Warszawy wybraliśmy się jeszcze do pobliskiego osiedlowego sklepu celem zaopatrzenia się w nieodzowne na takim meczu wiktuały. Z tego, co widzieliśmy, sklep ten notował chyba tego dnia rekordowe obroty.

Niestety, nie będzie nic o biletach. Szkoda, ponieważ byłyby piękną pamiątką, również dla wielu innych popieprzonych groundhopperów, którzy wybrali się na ten mecz.

Stadion
 

Z racji tego, że Kartofliska.pl Warszawa to drużyna, która powstała wczoraj (no dobra, tak naprawdę kilka tygodni temu, za to ich stroje dotarły dopiero dzisiaj), nie ma ona oczywiście swojego stadionu. Na dzisiejszy mecz wynajęła stadion RKS Marymont Warszawa (obecnie drużyna piłkarska nazywa się Marymont 1911 Warszawa). I była to chyba najlepsza możliwa sceneria dla dzisiejszego klasyka.

Kiedyś K. stwierdził o stadionie Hutnika Warszawa, że jest to Cmentarzysko Futbolu. Przyznałem mu wtedy rację, jednak teraz muszę to odwołać. Obiekt Hutnika to jeszcze nic, Cmentarzyskiem Futbolu jest zdecydowanie stadion Marymontu. Boisko jest otoczone betonowymi trybunami (dosyć płaskimi, ponieważ siedząc, miałem wrażenie, że jestem zwinięty w kłębek), na których rosły chwasty. Na części głównej trybuny znajdowały się drewniane ławki, które były rzeczywiście utrzymane w stanie zadowalającym. Wspomniana główna trybuna miała też betonowe zadaszenie (oraz betonowy balkon / lożę dla VIP-ów koneserów VIP-ów), a cała ta misterna konstrukcja była pokryta tablicami „OBIEKT WYŁĄCZONY Z EKSPLOATACJI”, z których nikt nic sobie nie robił.

O ile trybuna główna była utrzymana jeszcze w całkiem znośnym stanie, o tyle przeciwległa trybuna wyglądała jak stadion w mieście Pripiat’. Na nieruszanej od dziesiątek lat betonowej trybunie samoistnie wyrosły chwasty, krzaki, a nawet kilkumetrowe drzewa (sic!). Jeśli chodzi o łuk za bramką, to tamtejsza trybuna albo w ogóle nigdy nie istniała, albo kiedyś istniała, ale teren został całkowicie odzyskany przez Matkę Naturę.

Stadion jest tak piękny, że aż zacząłem przeglądać terminarz klubu Marymont 1911 Warszawa.

Atmosfera
 
 

Łysy z MZPN musiał dobrze pogrzać kulki, ponieważ nie jestem w stanie uwierzyć w taki zbieg okoliczności – drużyna Kartoflisk debiutuje w Pucharze Polski i w pierwszej rundzie trafia na drużynę sponsorowaną przez bar Ulubiona. W puli ok. 60 drużyn, na jakie mogła trafić znajdowało się jeszcze Coco Jambo Warszawa, ale poza tym raczej same mniej lub bardziej poważnie wyglądające zespoły. A tak, drużyna która ma w herbie szlachetną dewizę „Nie ma futbolu bez alkoholu” trafiła na drużynę sponsorowaną przez bar, gdzie wódka kosztuje 2zł. Szykowało się więc wielkie święto alternatywnego futbolu. Z ciekawostek, dojrzałem na trybunach osoby w koszulkach zespołów Acid Drinkers, Vital Remains, Shining, oraz czegoś nieokreślonego, co wyglądało jak mieszanina deathu, thrashu i grindcore’a (a sam też ubrałem się w deathmetalową koszulkę nie wiem, co mnie do tego zainspirowało).

Mecz dwóch drużyn, które prawdopodobnie nie ugrałyby nawet punktu w B-klasie zgromadził na trybunach kilkaset osób. Nie potrafię ocenić, ile, ale portal 90minut.pl podaje, że było ich ok. 500, więc ja przychylę się do tej opcji (szczególnie, że w drużynie Kartoflisk w trykocie z numerem 7 szalał sam Paweł Mogielnicki). Towarzystwo było w różnym wieku, różnych płci, niektórzy zdecydowali się nawet na oglądanie meczu wraz z małymi dziećmi, co było generalnie słabym pomysłem, biorąc pod uwagę treść niosącego się po trybunach dopingu. Na parkingu widzieliśmy auta na przeróżnych blachach, na trybunach dało się słyszeć nie tylko język polski, a za jedną z bramek na piłkochwytach paru kibiców zawiesiło ogromną flagę w kolorach narodowych z hasłem „RZGÓW”. Zainteresowanie tym meczem przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Zgodnie z dewizą drużyny Kartoflisk, na trybunach były spożywane różnorakie napoje wyskokowe. O ile zwykle na meczach piłki nożnej ochroniarze i mundurowi pilnują, aby nikt nie przemycił na imprezę alkoholu, o tyle na tym konkretnym meczu pilnujący porządku Pan Ambasador chyba nie wpuściłby na trybunę bez żadnego alkoholu. Ja jako generalnie słaby zawodnik raczyłem się na trybunach jedynie cydrem (puszka i butelka), z kolei K. spożył dwa piwa i również puszkę cydru. Dookoła nas spożywane były przeróżne rzeczy – były Setunie na Trybunie, były alkohole domowego wyrobu, ale jednak królowało piwo. Raz w wyniku nietypowego wypadku zostaliśmy również sowicie oblani złocistym trunkiem („Złocisty Deszcz”, jak stwierdził K.).

Na stadionie widzieliśmy parę transparentów. Jeszcze przed meczem na płocie zawisł do góry nogami tęczowy transparent ETV – podobno zdobycz Ultrasów Kartoflisk. Mieliśmy nadzieję, że w trakcie meczu gospodarze spalą ją, ewentualnie wraz ze skrojonymi szalikami gości, jednak do niczego takiego nie doszło. Poza tym, na piłkochwytach od południa wisiał transparent z dewizą, którą każdy fan Kartoflisk ma głęboko wyrytą w sercu, mianowicie „Nie ma futbolu bez alkoholu”. W trakcie pierwszej połowy kibice, którzy znaleźli się na przeciwległej trybunie (tej z kilkumetrowymi drzewami) zaprezentowali transparent o treści „BĄDŹCIE JAK SZNUREK OD SNOPOWIĄZAŁKI” (KMWTW). W trakcie drugiej połowy grupa kibiców gości wdarła się na tę samą trybunę i zaprezentowała transparent o treści „RZUĆCIE MYDŁO KARTOFLISKOM, POD PRYSZNICEM BĘDZIE ŚLISKO”. Poza tym, na meczu miała miejsce prawdziwa oprawa. Przed meczem zostały rozpylone dymy i odpalone petardy, a w trakcie meczu co najmniej dwukrotnie były odpalane race.

Jednak najważniejszym elementem meczu był doping. Kibice podzielili się mniej więcej tak, że północna część trybuny dopingowała Kartofliska, a centralna – Ulubioną ETV (nie wiem, jak kształtowały się sympatie od strony południa). Ultrasi ETV byli nadspodziewanie dobrze zorganizowani – mieli gniazdowego z megafonem oraz własny śpiewnik. Co prawda fanów Ulubionej było mniej niż sympatyków Kartoflisk, ale piosenki mieli przygotowane kozackie, z czego część była przeróbkami piosenek Legii. Ze śpiewnika (ja też wziąłem jeden, mimo że byłem w „młynie” Kartoflisk ) odśpiewano na pewno m.in.:

Nie poddawaj się, Ulubiona ma
Nie poddawaj się, 2 złote wódka

Warszawa! Warszawa! Warszawa!
Tylko Ulubiona! Warszawa! Warszawa!
Warszawa! Warszawa! Warszawa!
Jebać Kartofliska! Warszawa! Warszawa!

Rzeźnik kondonie!
Nie wejdziesz do Ulubionej!

Mogielnicki!
Chuj Ci w cycki!
(trzeba przyznać, że forma grzecznościowa „Ci” w tekście śpiewnika była zachowana)

Ferszter ty cwelu,
Rodzinę masz w Izraelu

Kartofliska!
Chuja do ogniska!
Ale będzie piszczał!
Niech ta kurwa pali się!

Spoza śpiewnika, zostało odśpiewane coś w stylu „Z dupy do pyska, to właśnie są Kartfoliska!” i kilka dość standardowych bluzgów. Jeśli chodzi o trybunę fanatyków Kartoflisk, to było ich dużo więcej, jednak nie byli oni specjalnie zorganizowani. W końcu jeden z kibiców o dość dużej charyzmie poprowadził doping i odpowiedzieliśmy gościom innymi bluzgami (ja też ). Niektóre piosenki były śpiewane przez wszystkich, a niektóre w stronę gniazdowego Ulubionej ETV wyśpiewywał indywidualnie nasz gniazdowy, który był zdegustowany profanacją piosenek z Żylety. Śpiewane były m.in. takie pierwsze lepsze (lepsze?) rzeczy jak:

La la la la la la laaaa,
Ssij, kurwo, ssij

Ulubiona jest zboczona,
stara kurwa pierdolona!

Coście tak cicho,
Hej kurwy, coście tak cicho?

Fani za kasę,
Kurwy, pedały, kutasy!

Od najmłodszych lat dotykał cię brat,
Gdy nie było brata, dotykał cię tata,
Gdy nie było taty, dotykał cię wuj,
Gdy nie było wuja, miałeś w dupie chuja!

(ostatnią piosenkę słyszałem kiedyś w Łomiankach, jednak wtedy nie mogłem rozszyfrować wszystkich jej słów). Generalnie klimat był (w pewnym sensie) znakomity, a w pewnym momencie nasz samozwańczy „gniazdowy” nawet ruszył w kierunku „gniazdowego” z Ulubionej i miał z nim krótkie spięcie. Tyle że jak się okazało… naprawdę chciał się z nim bić i dopiero interwencja któregoś z zawodników Kartoflisk zażegnała konflikt. Nasz „gniazdowy” zasiadł z powrotem na trybunie i długo rozpamiętywał ze wściekłością, co mu powiedział gniazdowy Ulubionej, nie mogąc tego zrozumieć. Ten powiedział mu bowiem „To przecież tylko dla jaj” (oczywiście, że wszystko dla jaj!). Później nasz „gniazdowy” jednak trochę ostygł i chyba zrozumiał, że jeśli po boisku w jednej drużynie biegają Rzeźnik, Mogiel, Żelek Żyżyński, Kibolkiewicz, czy Juras, to rzeczywiście jest to „tylko dla jaj”.

Mecz
 

Cóż, jeśli miałbym obstawiać wynik tego meczu, spodziewałbym się jakiegoś 3:14 albo 7:10. Absolutnie nie spodziewałem się, że przez całe 90 minut (nie było dogrywki) wpadną jedynie dwa gole, a do przerwy wynik będzie bezbramkowy.

Nie będzie chyba zaskoczeniem, że drużyny prezentowały poziom podwórkowy. Każde normalnie wyglądające zagranie w stylu celnego zagrania z pierwszej piłki czy udanego zwodu było kwitowane przez trybuny oklaskami. Ale przynajmniej coś się działo, ponieważ akcja bez przerwy przenosiła się z jednego pola karnego do drugiego. Tylko wykończenia brakowało. W drużynie Kartoflisk mniej więcej w 10. minucie meczu na boisku pojawił się Radek Rzeźnikiewicz, który był wysuniętym napastnikiem Kartfofli. Pomimo prowadzonego przezeń totalnie niesportowego trybu życia, rozprowadzał piłki całkiem nieźle, ale za to wykończenie miał fatalne (raz znalazł się w znakomitej sytuacji, jednak nie trafił wślizgiem w piłkę). A poza tym, chyba nigdy nie słyszał o spalonym. Raz po raz dał się łapać w proste pułapki ofsajdowe zawodników Ulubionej (swoją drogą, liniowi pod względem swojego ubioru wyglądali jak totalne randomy wzięte z ulicy). W drugiej połowie zszedł z boiska i zajął swoją, nomen omen, ulubioną pozycję – z kamerką przy linii bocznej.

Jak już wspomniałem, poza Radkiem w drużynie Kartoflisk grali również tacy ludzie jak redaktor Mogiel, redaktor Olkiewicz, Żelek Żyżyński, czy spiker z Ł3, czyli Juras (ponoć szerzej znany ze względu na tzw. MMA, jednak ja o nim usłyszałem dopiero gdy został spikerem). Najbardziej w pamięci zapadł mi Juras, który grał na stoperze i był zaporą nie do przejścia. Taki Jaap Stam, tyle że z dużo niższymi umiejętnościami piłkarskimi, za to dwa razy szerszy. Ale fryzura się zgadza. Niespodziewanie w drugiej połowie kilkoma świetnymi wyjściami popisał się też bramkarz Kartoflisk, chyba Socha.

W drużynie Ulubionej grało akurat paru piłkarzy z prawdziwego zdarzenia (choć emerytowanych). A mianowicie Maciej Śliwowski, Jacek Kacprzak i Jacek Cyzio. Paradoksalnie najlepiej z przodu wyglądał akurat gracz z numerem 9, czyli Marcin Kujawiak. Z kolei najlepsze piłkarskie rzemiosło było widać po 48-letnim Jacku Cyzio, który podobnie jak Juras grał na stoperze (liczba łysych w obronie musiała się zgadzać). Jak stwierdził K., widać było, że „coś tam kiedyś grał”. W kadrze Ulubionej ETV figurował również sam Wojciech Kowalczyk, jednak o ile mi wiadomo, nie było go na tym meczu.

Pomimo tego, że mecz był całkowicie niestrawną kopaniną, padły na nim dwie naprawdę znakomite bramki. Pierwszą strzelił Jacek Kacprzak, bezpośrednio z rzutu wolnego z narożnika pola karnego. Piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki. Dziesięć minut później odpowiedziała drużyna Kartoflisk. Po rzucie rożnym i kopaninie w polu karnym piłka trafiła pod nogi red. Olkiewicza, który popisał się równie świetnym strzałem z linii pola karnego. Piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki.

W regulaminowym czasie gry utrzymał się wynik 1:1, co oznaczało, że o awansie miały rozstrzygnąć rzuty karne. Dobrze że nie dogrywka, ponieważ piłkarze zamęczyliby się na śmierć (pomimo dwóch przerw na uzupełnienie płynów, ale ja tam nie wiem, co to były za płyny). Jeśli chodzi o karne, ze względu na podniosłą atmosferę (kibice zeszli na płytę boiska, a my wraz z nimi) zapamiętałem jedynie trzy rzeczy. Zepsutego karnego Żelka Żyżyńskiego, który strzelił po ziemi w zasadzie prosto do rąk bramkarza. Karnego Jacka Cyzio, który strzelił nie do obrony w samo okno (chyba rzeczywiście „coś tam kiedyś grał”) oraz ostatniego karnego, którego wykonywał Juras. Juras wykonał karnego w sumie całkiem nieźle, w sposób nieco podobny do Cyzio, jednak to było jeszcze w zasięgu bramkarza Ulubionej, który obronił ten strzał. I tak karne zakończyły się wynikiem 3:2 dla Ulubionej, choć po pierwszej serii było 1:0 dla Kartoflisk.

next  prev