glownachomikmapatrocinytags
Widzew Łódź - ŁKS 1926 Łomża 2:1 (2:0)
22.04.2017 19:10
Stadion Miejski w Łodzi (Widzew)
3. liga, gr. I
Widzów: 16.300
Cena biletu: 35 zł (VIP)
             

Retrochomik wspomina wyjazd do Łodzi, gdzie postanowił wybadać temat nowego stadionu Widzewa oraz fenomen kilkunastu tysięcy karnetowiczów na III lidze (że co?).

Dotarcie na mecz
 
 

Zanim przyszedł czas na dojazd, należało sobie najpierw w ogóle kupić bilet na ten mecz. Otóż w przerwie zimowej dość uważnie śledziłem kwestię wolnych miejsc na stadionie na Piłsudskiego oraz postępy Widzewa w sprzedaży karnetów. Na moich oczach kibice dobili najpierw do liczby 10 tysięcy karnetów, potem do 12 tysięcy, potem do 15 tysięcy... aż w końcu świat obiegła wiadomość, że cały stadion został wykupiony przez karnetowiczów. Na III lidze.

To oznaczało mniej więcej tyle, że w rundzie wiosennej nie miałem co liczyć na bilety w wolnej sprzedaży. Na szczęście, władze Widzewa wpadły na świetny pomysł, polegający na tym, że karnetowicze, którzy przewidują, że nie wezmą udziału w danym meczu, mogą zwolnić swoje miejsce w systemie internetowym. Taki system funkcjonuje ponoć na Old Trafford, przy czym tam istnieje pewien środek przymusu, ponieważ kibic, który zawczasu nie informuje o swojej nieobecności, może w końcu stracić swój karnet. Z tego co wiem, na Piłsudskiego nie ma tak rygorystycznych reguł, jednak nieobecni kibice i tak najczęściej zwalniają swoje miejsca (co za dbałość o dobro klubu!). Dzięki temu udało mi się zarezerwować w systemie internetowym bilet na spektakl - i to nie jakiś pseudo e-bilet, a pełnowartościowy materialny bilet, do odebrania w kasie stadionowej. W sobotę po przyjeździe na Piłsudskiego, ustawiłem się w kolejce do stadionowego okienka (które znajdowało się tak nisko, że chyba projektował je karzeł albo niewyżyty gej) i po kilku minutach czekania, odebrałem swój bilet. Przezornie kucnąłem, zamiast się schylać.

Bilet odebrałem przed godziną 12, a później rozpoczął się mój bardzo pracowity dzień. Najpierw odwiedziłem położony naprzeciw stadionu sklep Fanatyk, gdzie zakupiłem sobie szalik i kubek oraz obowiązkowy bibelot dla brata, dzięki czemu dobiłem do okrągłej kwoty 50 PLN. Co prawda na żadnej z pamiątek nie było oryginalnego logotypu RTS-u, jednak gadżety schodziły w bardzo dobrym tempie (nie wiem jak jest teraz, bo z tego co niedawno widziałem, Widzew ma już swój stadionowy sklep kibica). Następnie wpadłem do znajdującego się nieopodal muzeum wytwórni Se-Ma-For, gdzie liczyłem na pamiątki związane z Misiem Coralgolem, ale zawiodłem się i wyszedłem z niczym. Później wpadłem do swojego jednogwiazdkowego hotelu znajdującego się na rogu ulicy Celulozowej i Lateksowej (cóż za zacny adres), gdzie zostawiłem zbędny bagaż i poleciałem na stację Łódź Stoki, skąd wyjechałem pociągiem ŁKS ŁKA (Łódzka Kolej Aglomeracyjna) do Zgierza. Tam najpierw zgubiłem się, ale w końcu trafiłem na stadion MOSiR i zobaczyłem mecz łódzkiej okręgówki Boruta Zgierz - Włókniarz Pabianice (tak, ten słynny Boruta, który z najniższym budżetem w II lidze o mało nie wszedł w 1992 do ekstraklasy; nie udało mu się jedynie przez wałki PZPN-u z arbitralnym przyznawaniem walkowerów - polecam artykuł na Weszło). Mecz ten był nawet fajny i skończył się zwycięstwem gości 2:1, jednak nie załapał się na cykl Retrochomik, ponieważ zostawiłem tu ograniczoną liczbę slotów. Może gdyby udało mi się zdobyć tam jakieś pamiątki, wspominałbym Zgierz lepiej. Niestety, osoba, która miała klucz do szafki z pamiątkami... była tego dnia na działce (nie na każdy mecz okręgówki przyjeżdża idiota z innego województwa, który doprasza się pamiątek). Po meczu pobiegłem na stację, skąd wróciłem pociągiem PKP IC na stację Łódź Widzew, a na stadion dotarłem pieszo.

Stadion
 
 

Stadion Widzewa pachnie nowością. Nie można o nim napisać nic zaskakującego - nowoczesny obiekt liczący 18 tys. miejsc siedzących, wszystkie krzesełka wygodne, wszystkie miejsca zadaszone, jakość sztucznego oświetlenia i obrazu na telebimach wysoka. Jakość muzyki niska, zgodnie z najlepszymi standardami imprez masowych. Nie wiem, czego mógłbym się przyczepić jeśli chodzi o stadion. Ewentualnie tego, że... jest za mały i jego zwarta konstrukcja nie za bardzo daje pole do rozbudowy. Przecież już na III lidze przychodziło na niego kilkanaście tysięcy ludzi i można obstawiać, że za te parę lat na mecz z taką Legią czy Lechem dałoby się uzbierać nawet 30 tysięcy chętnych. Przecież żeby dostać się na ten mecz, czatowałem przez parę dni w systemie internetowym na moment, w którym rzucą do wolnej sprzedaży te kilkaset miejsc zwolnionych przez karnetowiczów.

Na szczęście w tej liczbie było parę zwolnionych miejsc w strefie VIP. Oczywiście żaden ze mnie VIP (powiedziała mi to też siostra, która rezerwowała dla mnie ten bilet - kiedy otwarto system biletowy, ja byłem w pracy i nie mogłem poprawnie uruchomić systemu rezerwacyjnego na Explorerze, więc mi pomagała na swoim komputerze), ale stwierdziłem, że raz na jakiś czas mogę się szarpnąć na taki wydatek. Zapoznałem się z systemem rezerwacyjnym na tyle dobrze, żeby móc podzielić się ciekawostką, że na stadionie Widzewa można również zająć miejsce na balkonie. Jakkolwiek on wygląda, bo nie zwróciłem na niego uwagi - z mapki stadionu zrozumiałem tylko, że jest to sektor o zaledwie dwóch rzędach krzesełek, który znajduje się nad sektorem VIP.

Gdy dotarłem na stadion na jakieś 30 minut przed pierwszym gwizdkiem, trybuny dopiero się zapełniały. Parking przystadionowy był pełny, a przy każdym z ok. 12 wejść dla zwykłych śmiertelników znajdowała się kolejka licząca kilkadziesiąt osób. Ja mogłem poczuć się ważny, ponieważ wszedłem jednym z 3 wejść dla uprzywilejowanych, gdzie kolejki nie było. Będąc już w miarę wytrawnym bywalcem wszelkiego rodzaju piłkarskich imprez masowych, przyzwyczaiłem się już do otwierania wszystkich kieszeni mojego nieodłącznego plecaka oraz do stawania przed ochroniarzami z rozłożonymi rękami. Jak się okazuje, VIP-ów traktuje się zupełnie inaczej – po przyłożeniu biletu do czytnika i przejściu przez kołowrotek pokazałem jedynie hostessie swój dowód osobisty i zostałem wpuszczony na stadion. Wszedłem klatką schodową na wyższą kondygnację, minąłem strefę gastronomiczną oraz przeszkloną strefę dla prawdziwych VIP-ów (już nie takich 35-złotowych przebierańców jak ja) i wyszedłem na trybunę. Zająłem moje miejsce, znajdujące się nieopodal sektora gości (ci mają na stadionie 1 wejście - wszystko się sumuje do 16).

Atmosfera
 
 

Tyle że na początku meczu klatka gości była jak na razie pusta. Nie widziałem więc reakcji gości z Łomży (którzy zapowiedzieli przyjazd bardzo liczną ekipą i nawet założyli z okazji tego wyjazdu stronę internetową o nazwie wszyscynawidzew.pl, czy jakoś tak), kiedy jeszcze przed pierwszym gwizdkiem cały Zegar zaintonował po raz pierwszy rozbrajającą swoją prostotą przyśpiewkę o treści:

Jebać, jebać, jebać ŁKS!

W tym przypadku chodziło oczywiście nie o gości z Łomży, a o lokalnego rywala Widzewa. Niemniej, zbieżność nazw obydwu klubów budziła na trybunach powszechną wesołość.

Sektor fanatyków pod Zegarem był pokryty różnymi flagami - na dolnej części trybuny wisiały m.in. flagi WIDZEW ŁÓDŹ, YOU'LL NEVER WALK ALONE (mówiłem, że jest jak na Old Trafford), HOOLIGANS WIDZEW, ULTRAS WIDZEW oraz flaga W. S. z przypakowanym rekinem w czerwonej koszulce (nie jestem pewien, czy widziałem gdzieś flagę Ruchu). Na gnieździe znajdowała się flaga z Zegarem wskazującym wynik GOŚCIE 0 WIDZEW 5 (chyba odniesienie do wyniku Derbów Łodzi z '99). W tylnym rzędzie znajdowały się głównie flagi różnych fanklubów, m.in. Pabianic, Koluszek, a także flagi dzielnic, jak np. Śródmieście, czy... Widzew. W trakcie meczu młyn nakrył się także parę razy wielką sektorówką z napisem WIDZEW ŁÓDŹ. Dodatkowo, parę flag znajdowało się na trybunie wschodniej, m.in. Widzew Łódź, Władcy Miasta Włókniarzy, Rozbójnicze Towarzystwo Sportowe oraz Duma Polski, Widzew Łódź. Doping młyna był bardzo dobry i równy przez cały mecz. Co więcej, czuć było bardzo pozytywną atmosferę (choć można by dojść do innego wniosku, biorąc pod uwagę inwektywy kierowane w stronę drużyny z drugiej strony Łodzi oraz dwa pociski na Legię), choć nie potrafię zdefiniować, co dokładnie powodowało u mnie takie wrażenie. Pozdrowiono zgody - Ruch (o Ruchu śpiewano całą piosenkę Hej, Niebiescy, ole!), Elanę oraz Wisłę. Śpiewano takie rzeczy jak obowiązkowe:

Naszym klubem RTS!
Cała Polska o tym wie,
że Czerwona Armada Armia ta
to Kibice Widzewa!

a także inne pieśni, m.in.:

Leo leo, leo le!
Kto dziś wygra ważny mecz?
Oczywiście RTS!
Legia starą kurwą jest!
Jebać, jebać ŁKS!


Ole, Widzew, kocham Cię!
Tobie dałem serce swe,
Serce moje jedyne,
Dałem mwojej drużynie.

Przy tej ostatniej piosence cały stadion wstał i trzymał szaliki w górze. Ogólnie młyn znakomicie aktywizował resztę stadionu, wciągając sektory piknikowe w doping na 4 trybuny - nigdy nie widziałem, żeby to się tak dobrze udało. Po kolei każda z czterech trybun wstawała i wymachując szalkami (co dawało świetny efekt) śpiewała lala, lala, lala lala lala (...) Widzew! (jest to dość znana melodia, która często była kiedyś puszczana na meczach siatkówki polskiej reprezentacji, w każdym razie nie umiałem oddać jej brzmienia).

Na początku meczu raz na kilka minut rozlegało się również wpuśćcie kibiców, RTS wpuśćcie kibiców. Wszystko oczywiście ze względu na fakt, że pierwsze od ponoć 2010 roku (sic!) pojawienie się na Widzewie kibiców gości opóźniało się. W końcu mniej więcej w 30. minucie na swoim sektorze pojawili się fani ŁKS-u, co spowodowało wielką wrzawę na stadionie i brawa ze wszystkich sektorów (a po chwili rozległo się oczywiście, dość humorystycznie jebać, jebać, jebać ŁKS!). Kibice z Łomży pojawili się w liczbie ponad 200 osób. Nie za bardzo wiem, co śpiewali, stąd mogę tylko powiedzieć, jakie miałem wrażenia wizualne. Goście raz po raz wywieszali na ogrodzeniu kolejną flagę, poprzestając chyba na 6. Była duża czerwono-czarna flaga z białym napisem ŁKS Łomża, była flaga Sparty Szepietowo, trzy biało-czerwone flagi z nieco enigmatycznymi hasłami KMWTW oraz duża flaga Londyńczycy na cześć tamtego serialu. Goście byli świetnie zorganizowani - w pierwszej połowie wszyscy byli ubrani w czarne kurtki i mieli po biało-czerwonym pasiaku. W drugiej połowie wyciągnęli sektorówkę i odpalili race, co doprowadziło do totalnego zadymienia całego stadionu i przerwania meczu na parę minut. Później, pomimo że było zaledwie parę stopni na plusie, zrobili też Poznań. Miałem wrażenie, że kibice na pikniku bardzo pozytywnie ocenili ich dzisiejszą działalność.

Mecz
 

Jakkolwiek to zabrzmi, w sezonie 2016/17 Widzew był beniaminkiem III ligi. Przed tym meczem, po 23 kolejkach, był na trzecim miejscu w tabeli, tracąc 6 punktów do drugiego ŁKS-u oraz 7 do liderującej Drwęcy NML. Z kolei ŁKS Łomża był na 14. miejscu i kręcił się w pobliżu strefy spadkowej. Mecz miał nawet dużą stawkę, ponieważ Widzew trochę nieśmiało, ale jednak zabierał się do pogoni za liderem.

Od początku meczu Widzew (grający dziś na żółto) zdecydowanie przeważał. Już w 8. minucie po karygodnej stracie piłki przez Łomżan wyprowadził ze swojej połowy zabójczą kontrę – Mąka podał na dobieg do Michalskiego, który wbiegł w pole karne i niezbyt dobrym strzałem z ok. 10 metrów pokonał Wienczatka. Z kolei w 32. minucie Łomżanie stracili piłkę w jeszcze bardziej karygodny sposób, bo na własnej połowie – szybkie zagranie do wbiegającego w pole karne Mąki, bardzo dobry strzał ex-Polonisty w długi róg bramki i było już 2:0. Po tej bramce poziom prezentowany przez obydwie drużyny wyrównał się, co nie oznacza bynajmniej, że ŁKS się poprawił. Widzew po prostu się nasycił. Do przerwy wynik nie uległ zmianie.

Gdy w drugiej połowie dym po oprawie gości jeszcze nie do końca się rozwiał, na strzał z dystansu zdecydował się Maćkowski. Wyszło z tego fantastyczne uderzenie w okienko i od 52. minuty ŁKS złapał kontakt. Niewiele z tego wyszło, bo Widzew w miarę spokojnie doholował do końca meczu prowadzenie. Jedyna ciekawa sytuacja miała miejsce pod koniec meczu, kiedy w zamieszaniu podbramkowym sfaulowany został Wolański (Wolański! w 3. lidze!) i pomiędzy piłkarzami obydwu drużyn trochę się zagotowało. Wszyscy się jednak w porę ogarnęli i chyba nawet obyło się bez żółtych kartek.

Widzew odniósł kolejne z rzędu nieprzekonujące zwycięstwo.

next  prev