glownachomikmapatrocinytags
Milsami Orhei - FC Bălţi 0:0
15.03.2026 18:00
Complexul Sportiv Raional Orhei
Liga 7777.md
Widzów: 1.277
Cena biletu: - (wstęp darmowy)
           

Po ciekawej wycieczce do Tyraspola, kontynuujemy/zaczynamy zwiedzanie Mołdawii. Tym razem zawitałem do Orgiejowa (heh) na mecz aktualnego wciąż Mistrza Mołdawii.

Dotarcie na mecz
 
 

Jak zapewne wierni Czytelnicy Chomika pamiętają, poprzedniego dnia byłem jeszcze w Tyraspolu, gdzie oglądałem mecz Sheriffa. Od którego momentu najlepiej zacząć tę relację? Myślę, że najlepiej zaraz po końcowym gwizdku w hali Sheriffa.

Po końcowym gwizdku poszedłem bowiem na przystanek znajdujący się na skrzyżowaniu ul. Lenina oraz Karla Liebknechta. Było dopiero po 20:00 i czekałem na jakiś trolejbus, który zabierze mnie do centrum Tyraspola, bo do miejsca swojego noclegu miałem ponad 4 kilometry. Po prawie półgodzinnym oczekiwaniu doszedłem do wniosku, że... o tej porze trolejbusy już nie jeździły. Jedyne, co mogło mnie zabrać w kierunku miasta, to marszrutki, które jednak jeździły po mieście zgodnie z systemem, którego nie byłem w stanie przeniknąć. Stąd, nieco już zmarznięty, postanowiłem przejść te 4 kilometry na piechotę. Było to dosyć śmieszne - Polak idzie sobie po zmroku przez pół tego strasznego Tyraspola (mijałem nawet jednostkę wojskową rosyjskiej armii)... i w sumie nic się nie wydarzyło - nikt nie zatrzymał ani nie legitymował. Najgorsza rzecz, jaka mi się przytrafiła, to fakt, że przez tą przygodę byłem ponad godzinę w plecy i nie zdążyłem już wpaść na kolację do restauracji. Zamiast tego kupiłem sobie w supermarkecie Sheriff naleśniki z mięsem rodzimej produkcji. Nie będę opisywał szczegółów, w każdym razie, nie były one zbyt dobre.

Następnego dnia udałem się na stację kolejową w Tyraspolu, gdzie co prawda ruch kolejowy zamarł (zgodnie z kartką wiszącą w poczekalni dworca, kursowanie pociągu Kiszyniów - Odessa zostało wstrzymane dnia 25.02.2022), ale spod jego gmachu odjeżdżały marszrutki. Kupiłem za śmieszne pieniądze bilet na marszrutkę do Kiszyniowa i odjechałem chyba o godzinie 9:40. Zastanawiałem się, czy będę rewidowany na punkcie granicznym i czy pogranicznik wtedy zapyta, po co zachodniemu turyście naddniestrzański podręcznik do historii, ale przejazd przez punkt graniczny wyglądał zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Otóż pogranicznik wszedł do naszego busa, zabrał od wszystkich pasażerów paszporty i udał się z nimi na kilka minut do jakiejś kanciapy. Następnie wrócił, oddał tę kupkę paszportów naszemu kierowcy i zakomunikował, że wszystko jest OK. Kierowca puścił paszporty do tyłu, gdzie pasażerowie sobie wybierali, który jest czyj.

Gdzieś po godzinie 11:00 byłem na centralnym dworcu autobusowym w Kiszyniowie. Tam niemal od razu wsiadłem w inną marszrutkę i wyruszyłem do Orhei (Orgiejowa), a o 12:30 byliśmy już na miejscu. Od razu udałem się na zwiedzanie miasta, ale szczerze mówiąc, nie jest ono zbyt atrakcyjne i ciekawe, a ludzie, z którymi miałem okazję wejść tu w interakcję, też byli dość zdziwieni, że napatoczył się tutaj jakiś turysta. Zobaczyłem z zewnątrz m.in. lokalny Pałac Kultury, a także kilka pomników, które po kolei mijałem idąc ulicą Vasile Lupu. Najpierw był to pomnik samego Lupu, a następnie po kolei - pomnik upamiętniający poległych w konflikcie nad Dniestrem w 1992 oraz poległych w Afganistanie, pomnik ofiar reżimu stalinowskiego, pomnik upamiętniający likwidatorów pracujących w Czarnobylu, pomnik bohaterów II wojny światowej, pomnik ofiar Holocaustu. Zestaw ten był generalnie podobny do tego, jaki widziałem wcześniej po drugiej stronie Dniestru - choć tu pomniki miały nieco inny wydźwięk. Następnie zobaczyłem lokalne jeziorko, wybrałem się na lokalny targ (nic nie kupiłem, choć kwas z nalewaka trochę kusił) i zjadłem średniej jakości dania kuchni rumuńskiej w lokalu, który specjalizował się raczej w pizzy. Zajrzałem też do sklepu sportowego firmy Macron, ale niestety, nie mieli tam gadżetów Milsami. Kiedy tak pozwiedzałem już sobie to i owo i odpocząłem chwilę w miejscu noclegowym, wybrałem się w końcu w stronę stadionu miejskiego, by obejrzeć dzisiejszy spektakl.

Stadion
 
 

Według oficjalnych danych z Wikipedii, Complexul Sportiv Raional Orhei został oddany do użytku w 1980 roku, a 20 lat temu został zmodernizowany i aktualnie mieści on ok. 3000 widzów. Stadion składa się z jednej trybuny - trybuny zachodniej (oczywiście jest to trybuna prosta). Trybuna ta jest dość wysoka, ponieważ jest połączona z budynkiem klubowym, szatniami i całą infrastrukturą (przy okazji, front budynku klubowego to jest jakiś architektoniczny absurd, ponieważ główne wejście do niego w bardzo dziwny sposób łamie całą bryłę). Jak wspomniałem, trybuna jest dość wysoka i z wyższych rzędów bardzo dobrze widzi się wszystkie wydarzenia boiskowe - i to pomimo faktu, że na stadionie znajduje się niestety bieżnia (ale już sama nazwa obiektu - Kompleks Sportowy Orhei zapowiada, że nie będzie to stadion stricte piłkarski). Trybuny pokryte są krzesełkami w kolorach kolejno (patrząc po sektorach od lewej do prawej): niebieskim, żółtym i czerwonym. Trybuna generalnie nie jest zadaszona, poza częścią centralną, która nawet nie tyle jest zadaszona, co znajduje się pod jakąś nadbudówką, w której prawdopodobnie znajdują się miejsca dla VIP-ów.

Stadion posiada sztuczne oświetlenie (cztery przyzwoite maszty oświetleniowe), a jeśli chodzi o tablicę wyników... to jest tu dość ciekawie. Otóż naprzeciwko trybuny głownej, po drugiej stronie boiska, znajdują się trzy wieżyczki, w których znajdują się stanowiska dla kamerzystów i komentatorów. Na każdej z tych wieżyczek znajduje się jedna tablica wyników - i wszystkie 3 wyświetlają dokładnie to samo. Dość specyficzne podejście do tematu - wydaje mi się, że zamiast trzech małych tablic lepsza byłaby jedna większa. Z kolei za wieżyczkami znajduje się stadionowe ogrodzenie - jest ono złożone z betonowych słupków, pomiędzy którymi znajdują się cienkie metalowe pręty, tak więc jeśli ktoś chce zobaczyć mecz za darmo (wstęp i tak był za darmo) z perspektywy ulicy, to taka opcja też jest dostępna.

Atmosfera
 

Jak wspominałem, Milsami to wciąż aktualny Mistrz Mołdawii, więc miałem jakieś oczekiwania co do organizacji dzisiejszego meczu. I niestety, rzeczywistość ewidentnie do nich nie dorosła. Już sam moment wejścia na stadion był dosyć dziwny, ponieważ wszedłem tam jak do parku i nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Oczywiście nie chodzi mi o to, że brakowało mi macania ze strony ochrony - problem polegał na tym, że mecz w ogóle nie był biletowany! Co więcej, na meczu nie sprzedawano żadnych pamiątek. Napalałem się na kupno szalika lub/i kubka Mistrza Mołdawii, ale nigdzie nie było żadnego stoiska, gdzie można by było coś takiego kupić. Ochroniarze też niewiele wiedzieli - wskazali mi co prawda miejsce gdzie czasami takie stoisko się znajduje, ale tego dnia było tam pusto, choć jeszcze parę razy wracałem w ten punkt, żeby się upewnić, że na pewno dziś nie ma pamiątek. Jedyne, co udało mi się wtedy osiągnąć to to, że za którymś razem zobaczyłem u któregoś z ochroniarzy w ręku plik biletów i poprosiłem go o jeden. Był to co prawda bilet... z zeszłotygodniowego meczu z Zimbru Kiszyniów, no ale dobre i to.

Na stadionie nie było też żadnego stoiska gastronomicznego, ale lokalni widzowie mieli na to swój patent. Skoro mecz i tak nie był biletowany, wielu z widzów w przerwie wyszło ze stadionu i wybrało się do okolicznych spożywczaków, gdzie nabywali prowiant na drugą połowę. Widzów było dziś (zgodnie z oficjalnymi informacjami) prawie 1300 - i była to chyba całkiem niezła liczba, biorąc pod uwagę pogodę (jakieś 8-10'C - nie były to oczywiście ekstremalne warunki, ale na mediach społecznościowych Milsami doradzano odpowiednie przygotowanie się na dzisiejszy mecz). Na dzisiejszym meczu nie było chyba żadnego przejawu zorganizowanego dopingu - widzowie po prostu siedzieli i kontemplowali wydarzenia boiskowe, rozmawiając między sobą w różnych językach. Co ciekawe, inaczej niż np. w takiej Rumunii, respektowano tu zakaz palenia na trybunie - cały mecz można było normalnie oddychać świeżym powietrzem.

Przed meczem czas oczekiwania na widowisko umilała muzyka. Przyznam, że było to wyjątkowo straszne doświadczenie, ponieważ muzyka była nie tylko po prostu zła - ona została przy okazji całkowicie wyprodukowana przez AI. Były to jakieś anglojęzyczne kawałki brzmiące jak typowa radiowa papka, ale ewidentnie był to wytwór AI, bo nie kojarzę, żeby jakieś szmirowe zespoły w stylu black eyed peas nagrywały kawałki sławiące Milsami Orhei. A ludzie pracujący w marketingu Milsami ewidentnie zachłysnęli się możliwością bezkosztowej produkcji slopu, ponieważ widziałem, że w mediach społecznościowych masowo publikowali karykatury swoich piłkarzy, wykonane w nijakim stylu AI. Słysząc na stadionie te męczące AI slopy (-Who are you? -Milsami! -Where are you from? -Orhei!), bardzo zatęskniłem choćby za przaśnym, dożynkowym hymnem Petrocubu Hînceşti.

Mecz
 

Dzisiejsze spotkanie kończyło 2. kolejkę drugiej fazy mołdawskiej ekstraklasy. Miałem już okazję scharakteryzować zasady rozgrywek ligi mołdawskiej już przy okazji poprzedniego meczu w Tyraspolu - sezon w Mołdawii podzielony jest na dwie fazy. W pierwszej fazie ligi mołdawskiej Milsami zajęło 4. miejsce, zdobywając w 21 meczach 37 punktów; drużyna z Bielców skończyła o jedno miejsce niżej z 29 punktami na koncie. Do drugiej fazy zakwalifikowało się 6 najlepszych zespołów spośród 8, które brały udział w pierwszej części sezonu (odpadły Politehnica Kiszyniów oraz Spartanii-Sportul, które drugą część sezonu będą grały z kilkoma najlepszymi drużynami 1. Ligi - czyli de facto spadły po połowie sezonu), a od ich punktów odliczono te, które zdobyły z Politehniką i Spartanii, a następnie podzielono przez 2, co oznaczało, że Milsami rozpoczęło drugą fazę z 10 punktami na koncie, a Bielce - z 8. Było to więc raczej spotkanie ligowych średniaków, choć jak już nieraz w tej relacji wspomniałem, Milsami jest mimo wszystko nadal aktualnym Mistrzem Mołdawii.

Miałem okazję już oglądać w tym sezonie drużynę z Bielców - miało to miejsce jeszcze w 2025 roku, w 1. kolejce 1. fazy mołdawskiej ekstraklasy. Domowe spotkanie z Dacią Buiucani nie było pasjonującym widowiskiem i skończyło się bezbramkowym remisem. I nie wiem, czy to ja tak działam na FC Bălţi, ale dziś znów obejrzałem totalną padakę z ich udziałem. Mogła mieć na to wpływ nie najlepsza murawa w Orgiejowie, na której piłka ewidentnie podskakiwała.

Kiedy przyjrzałem się wyjściowym jedenastkom obydwu drużyn, przyszła mi do głowy podobna myśl jak w przypadku wczorajszego meczu Sheriffa - czy lokalni kibice na pewno są w stanie ekscytować się swoją drużyną? W pierwszym składzie Milsani Milsami (oczywiście, Milsani to firma od jogurtów z Lidla) wyszło zaledwie dwóch Mołdawian. Poza nimi mieliśmy jednego Bośniaka i ośmiu Afrykanów (choć pięciu z nich miało europejskie paszporty). Oczywiście, nie dziwię się temu, że w drużynie piłkarskiej grają obcokrajowcy - tylko czy naprawdę jest ich potrzebnych aż tylu aby być średniakiem marnej ligi mołdawskiej? Przy okazji, podobnie jak wczoraj, drużyna gości była idealnym przeciwieństwem drużyny gospodarzy - w jej skladzie wystąpiło dziewięciu Mołdawian i dwóch obcokrajowców (Brazylijczyk i Argentyńczyk).

Pierwsza połowa meczu była wprost obrzydliwa. Minimalnie więcej z przodu pokazali w jej trakcie piłkarze gości, ale nadal nie było to nic niesamowitego. W 24. minucie po stracie jednego z piłkarzy Milsami w środku pola w stronę bramki pognał Ilie Botnari. Został chyba sfaulowany przez goniącego go przeciwnika, ale udało mu się zagrać na lewe skrzydło do Dana-Angelo Botana, a ten oddał strzał w kierunku okna, który obronił Filip Dujmović. Cztery minuty później ktoś z graczy gości zagrał lagę w kierunku Welingtona, a napastnik Bielców będąc poza polem karnym uderzył z pierwszej piłki dziwacznym wolejo-lobem, który przeleciał minimalnie nad poprzeczką bramki Dujmovicia. I o ile się nie mylę, to by było na tyle, jeśli chodzi o highlighty pierwszej połowy. Bezbramkowy wynik chyba satysfakcjonował zawodników gości, ponieważ ich bramkarz (Artur Nazarciuc) celebrował każde wznowienie gry z piątki - za każdym razem dosłownie trzy razy poprawiał piłkę i parę razy getry zanim wyekspediował piłkę w kierunku środka boiska.

W drugiej połowie zobaczyliśmy pierwszą naprawdę godną wzmiankowania w relacji akcję - jeden z gospodarzy zgrał z prawego skrzydła do Tumby Kalabatamy Kabamby, a obywatel Norwegii uderzył z pierwszej piłki po ziemi tuż obok słupka - widzowie zgromadzeni na trybunach aż się obudzili i skwitowali ten niecelny strzał przeciągłym Oooooh!. Z kolei w 57. minucie mieliśmy kolejną groźną sytuację, ponieważ Mihail Platica (piłkarz Bielców) zagrał lobem z okolicy narożnika pola karnego i trafił w poprzeczkę bramki Dujmovicia.

Niemniej, ciekawy futbol skończył się dość szybko, a już w 63. minucie Artur Nazarciuc został ukarany żółtą kartką za kolejne przeciąganie w czasie wznowienia gry spod własnej bramki. Pod koniec meczu piłkarze gości coraz bardziej cofali się w celu obrony cennego punktu, podczas gdy piłkarze Milsami dość nieudolnie próbowali atakować. W doliczonym czasie mieliśmy jeszcze parę pinballów w polu karnym po kornerach drużyny Milsami oraz sytuację, gdy jeden z graczy gospodarzy próbował strzelać sprzed pola karnego, ale drugi dzióbnął mu jeszcze przed tym strzałem piłkę, co spowodowało, że ten pierwszy zamiast oddać strzał, wywrócił się na futbolówce. W końcu sędzia Stanislav Leu zmiłował się nad widzami i zagwizdał po raz ostatni.

next  prev