glownachomikmapatrocinytags
AC Milan - Juventus FC 0:0
2026.04.26 20:45
San Siro, Mediolan
Serie A
Widzów: 75.681
Cena biletu: 119€ (Terzo Rosso Laterale)
               

Tym razem postanowiłem sięgnąć glębiej do kieszeni i wybrać się na prawdziwy szlagier europejskiej piłki. Spełniłem przy okazji swoje dziecięce marzenie, żeby zobaczyć na żywo mecz na San Siro.

Dotarcie na mecz
 
 

Na wstępie niniejszej relacji muszę cofnąć się o parę lat... a konkretnie o ponad 20, kiedy w podstawówce wraz z paroma Kolegami założyliśmy paruosobowy fanclub AC Milan (o czym chyba napomknąłem, choć wówczas raczej żartobliwie, przy okazji mojej relacji z Milanówka). W fanclubie zajmowaliśmy się m.in. zbieraniem zdjęć oraz wycinków z gazet dotyczących klubu oraz omawianiem meczów Rossonerich. Teoretycznie jednym z celów było wybranie się na mecz Milanu na San Siro, choć w tamtych czasach dla dzieciaków z Polski B wydawało się to raczej abstrakcyjnym marzeniem. Nie mogliśmy jednak wtedy przewidzieć, że kiedyś pojawią się tanie linie lotnicze, Polska znajdzie się w jakiejś Strefie Schengen, a lot z Polski do Mediolanu będzie kosztował pół albo ćwierć dniówki gorzej z biletem na mecz.

Od jakichś kilku lat raz na jakiś czas próbowałem sobie zaplanować wycieczkę do Mediolanu. Nasz fanclub co prawda już nie istnieje od kilkunastu lat (tak samo zresztą jak moja miłość do Milanu, którą zastąpiła fascynacja polskim futbolem na przeróżnym poziomie), ale ciągle chciałem zrealizować marzenie naiwnego 12-letniego dziecka, którym kiedyś byłem. Nie mogłem bowiem dopuścić, żeby to dziecko nigdy nie zobaczyło na żywo San Siro. Tym bardziej, że od kiedy pamiętam, mówi się o tym, że stadion zostanie wkrótce rozebrany. Że to już zaraz, za chwilę, że zaczyna się, buldożery już jadą i nie zostanie kamień na kamieniu - przyzwyczaiłem się jednak, że te newsy to tylko wydmuszki, bo potrzeba naprawdę skrajnych warunków, żeby skłonić Włochów do renowacji stadionu. Tylko że te warunki chyba jednak nadciągają - Włochy mają być jednym ze współorganizatorów Euro 2032, a Mediolan ma być jednym z miast-gospodarzy... tyle że niezbędnym warunkiem jest zbudowanie nowego stadionu, który zastąpi San Siro. Dni aktualnego stadionu chyba tym razem naprawdę są policzone.

Z racji tego, że oczywiście nie mam karnetu ani żadnych dojść w systemie biletowym Milanu, od zawsze rozważałem wybranie się na jakiś mało oblegany mecz - taki przeciwko Salernitanie czy innemu Frosinone. Gdzieś pod koniec marca spróbowałem jednak szczęścia w systemie biletowym Milanu przy okazji startu otwartej sprzedaży biletów na hitowy mecz z Juve. O dziwo, dzięki swojemu chomiczemu szczęściu udało mi się trafić bilet... a może to wcale nie było szczęście i bilety z tej kategorii po prostu nie zeszły tak szybko ze względu na swoją cenę - nigdy w życiu mi się nie zdarzyło zapłacić za bilet aż 119 euro (małym plusem był fakt, że Milan jest na tyle dużą firmą, że sam ogarnia swój system biletowy, dzięki czemu do ceny nie trzeba było doliczać haraczu od jakiegoś pośrednika w stylu VivaTicket). Po zakupie biletu na mecz, zaplanowałem sobie resztę weekendu - kupiłem bilet na lot, zarezerwowałem nocleg, czy kupiłem bilety na mecze w Bolzano i Veronie, o których pisałem w poprzednich postach. A właśnie, a propos Verony...

26 kwietnia obudziłem się rano w Veronie. Z mojego hostelu wybrałem się prosto na stację Verona Porta Nuova, skąd o 11:43 odjeżdżał pociąg relacji Verona Porta Nuova - Milano Centrale. Miałem trochę czasu, więc pojechałem pociągiem, który moglibyśmy określić typem regio - zatrzymywaliśmy się na przeróżnych stacjach (w tym np. w Brescii - choć akurat to jest duża miejscowość, więc każdy pociąg się tu zatrzymuje) i mniej więcej po dwóch godzinach dojechałem zgodnie z planem na Milano Centrale. Do meczu było jeszcze całe pół dnia, więc zacząłem zwiedzać Mediolan - i tak jakoś wyszło, że postanowiłem przejść całe miasto na piechotę. Zacząłem moją wycieczkę od Piazzale Loreto, gdzie ponad 80 lat temu miała miejsce słynna prezentacja zwłok Benito Mussoliniego na lokalnej stacji benzynowej. Moja pierwsza atrakcja była mocno abstrakcyjna, ponieważ stacji benzynowej już dawno nie ma, a w jej miejscu znajduje się McDonald's (gdyby ktoś pytał - tablicy pamiątkowej oczywiście też nie ma). Następnie ruszyłem na piechotę w kierunku centrum, gdzie na deptaku Via Dante znajduje się flagowy FanStore Milanu. Sklep był zawalony ludźmi, a ja wystałem w kolejce jakieś pół godziny zanim udało mi się kupić to, po co przyszedłem, a więc... kubek (oficjalne szaliki były dziwacznymi wytworami marketingowymi, więc postanowiłem, że poszukam jakiegoś standardowego pasiaka z herbem już pod San Siro). Po opuszczeniu FanStore powłóczyłem się trochę po mieście, obejrzałem trochę zabytków, wypiłem po drodze drinka z Campari, aż nadszedł czas skierować się na San Siro. Nieopodal stadionu spotkała mnie dość zabawna sytuacja, ponieważ zostałem oszukany przez pewnego Afrykanina, od którego najpierw przyjąłem darmową bransoletkę (nie była mi potrzebna, ale wziąłem ją z uprzejmości - nie jestem rasistą, więc uwierzyłem na słowo, że to i tak za darmo), po czym zrobiło się dość nieprzyjemnie, bo jednak zaczął żądać za nią zapłaty (tego dnia postanowiłem więc nadrobić swoje braki i zostać rasistą - ale takim umiarkowanym, bo zapłaciłem w sumie tylko 5 euro; choć dochodzę do wniosku, że chyba jestem po prostu bardzo naiwny, bo Murzyn nabrał mnie prostym trickiem na darmową bransoletkę).

Na koniec tej sekcji muszę wspomnieć coś o tym, jak wróciłem z Mediolanu do Polski. Otóż postawiłem na opcję niskobudżetową - skoro mecz na San Siro kończył się po godzinie 23:00, a najtańszy lot z okolic Mediolanu miał miejsce nazajutrz o 5:45, stwierdziłem, że... obędę się tym razem bez noclegu. Po meczu poczłapałem sobie na lokalną stację Milano Domodossola, skąd o północy (planowałem o 1:00, ale wyrobiłem się wcześniej) odjeżdżał pociąg do stacji Malpensa Aeroporto T1. Na miejscu byłem już o godzinie 0:33, tak więc musiałem spędzić ponad 5 godzin na kręceniu się wokół lotniska i po samym lotnisku, próbując przetrzymać pokusę zaśnięcia. W końcu, udało mi się przetrwać te ponad 5 godzin do wylotu i już o 7:55 wylądowałem na lotnisku... oczywiście, jak na najtańszy lot przystało, w Modlinie.

Stadion
 
 

Stadio Giuseppe Meazza został nazwany na cześć wybitnego włoskiego piłkarza, który występował w obydwu największych mediolańskich klubach piłkarskich. Przy czym, w Interze spędził on w sumie kilkanaście lat, podczas gdy w Milanie grał tylko dwa sezony. Nic dziwnego, że oficjalnej nazwy stadionu używają raczej fani Neroazzurich, podczas gdy fani Milanu wolą mówić po prostu San Siro (od dzielnicy, w której się znajduje). A więc w tej relacji i ja będę takiej używał. Nie wiem jednak, czy jest sens rozpisywać się w tej sekcji na temat tego jakie mamy tu trybuny, ile mają poziomów, ile jest łącznie miejsc siedzących, gdzie są telebimy, itp., ponieważ San Siro to obiekt o światowej sławie, tak więc wszystkie te informacje łatwo jest znaleźć w Internecie choć o innych stadionach też biorę informacje z Internetu. Mogę w zamian opowiedzieć o swoich wrażeniach.

Już na dobre trzy-cztery godziny przez pierwszym gwizdkiem pod stadionem kwitnie życie. I nie mam na myśli wspomnianych w poprzedniej sekcji kręcących się kanciarzy z Afryki, a setki otwartych stoisk gastronomicznych i sklepików (choć trzeba powiedzieć, że oferta zarówno sklepików jak i stoisk jest dość powtarzalna). Na stoiskach gastronomicznych urzekający był fakt, że praktycznie wszystkie informacje były podawane po włosku, a obsługa też posługiwała się głównie tym językiem. Tyle że tutaj, w przeciwieństwie do moich niektórych relacji, w których chwaliłem się, że udało mi dogadać po rosyjsku czy nawet coś tam wydukać po niemiecku/francusku/litewsku, tym razem miałem duży problem, bo moja znajomość włoskiego jest absolutnie zerowa (m.in. przez cały weekend nie mogłem nawet zapamiętać jak jest po włosku dziękuję). Na szczęście, poprzez machanie łapami udało mi się zamówić tutejszy fast-food, a więc bułkę ze świeżo zgrillowaną salsiccią (po wpisaniu w Google słowa salsiccia na ekranie wyświetli się raczej kiełbasa - a to był zgrillowany kawałek mielonego mięsa) i świeżo zgrillowanymi warzywami. Przyznam szczerze, chyba nigdy nie jadłem tak dobrego stadionowego (czy też okołostadionowego, bo jeszcze nie przeszedłem przez bramki biletowe) jedzenia, nawet te zgrillowane szparagi i papryka były świetne.

Na jednym z wielu niemal identycznych stoisk zakupiłem sobie dość standardowy szalik-pasiak, a następnie stanąłem w długiej kolejce do kas biletowych. Oczywiście, bilet kupiłem już dawno, ale teraz chciałem poprosić o jego wydrukowanie na kartoniku, tak jak zresztą robili to niektórzy turyści. Niestety, nie udało mi się to - o ile dobrze rozumiem, problemem był fakt, że miałem najzwyklejsze szare konto i kupiłem swój bilet w zwykłej otwartej sprzedaży. No cóż, tym razem musiałem się obyć bez pamiątki. O 18:45 ustawiłem się w innej długiej kolejce, tym razem do bramek biletowych i wszedłem na właściwy teren stadionu - o dziwo, bez większych problemów, choć miałem plecak wypełniony różnym bagażem, w tym m.in. dwoma kubkami (kubek Hellasu przezornie ukryłem pod kubkiem Milanu - ciągle zapakowanym w oryginalne pudełko Milanowego FanStore'u). Od tego momentu mogłem zacząć prawdziwe zwiedzanie obiektu.

Cieszę się, że miałem miejsce na najwyżej położonej trybunie (takie zresztą doradzał mi K., który był na San Siro w zeszłym sezonie, choć akurat na meczu Interu), bo oznaczało to, że musiałem się tam wdrapać jedną z ikonicznych betonowych kolumn (których na stadionie jest podobno łącznie 11). Każda z tych kolumn ma w środku klatkę schodową, dookoła której prowadzi spiralna droga powoli wznosząca się w górę. Kolumny te wyglądają wyjątkowo fajnie po meczu, gdy powoli i jednostajnie schodzi nimi cały tłum ludzi, co wygląda jak... wielkie formikarium (nie przyszło mi do głowy żadne lepsze określenie). No dobra, ale nie piszmy o tym, co było po meczu - jak na razie jesteśmy w tej relacji jeszcze przed meczem i dopiero wchodzę sobie spiralą w górę. I tak sobie wchodzę, a tymczasem eskortowani nieopodal na swój sektor kibice gości... pokazują mi i innym zmierzającym w górę środkowe palce i coś do nas krzyczą. Przyznam, że mocno mnie to rozbawiło, bo większość ludzi zmierzających na nasz sektor piknikowy stanowili tacy jak ja turyści z przeróżnych krajów, którzy i tak nic nie rozumieli po włosku (co ciekawe, w tłumie stosunkowo często można było usłyszeć za to język polski).

W końcu, wszedłem na swój sektor - był to najwyżej położony sektor na trybunie zachodniej i widok z niego był naprawdę imponujący. Trybuny są bardzo strome, tak więc pomimo faktu, że znajdowałem się jakieś... zakładam, że 40-50 metrów powyżej poziomu murawy, całe boisko widziałem jak na dłoni. Stadion jest naprawdę architektonicznym arcydziełem i świetnym miejscem do oglądania meczów. Problem zaczyna się jednak w momencie, gdy poza oglądaniem meczu chcemy zrobić cokolwiek innego. Np. wybrać się do strefy gastro - tych na stadionie jest niewiele, a na dodatek są klaustrofobicznie ciasne. Na plus zaliczam fakt, że na stoisku można było kupić Aperol Spritz - choć akurat tego dnia na moim stoisku się skończył i musiałem zadowolić się ginem z tonikiem. Nie zwróciłem uwagi na to jak wyglądała oferta stricte jedzeniowa stoiska, ale jak już wspominałem - we Włoszech najczęściej najlepsze jedzenie znajduje się na stoiskach rozstawionych dookoła stadionu, a nie na samym stadionie (w sumie, to również wytłumaczył mi wcześniej K.). W przypadku gdy chcemy wybrać się do toalety, jest dokładnie to samo jak w przypadku gastro - na stadionie toalet jest niewiele, są klaustrobiczne ciasne... no i jeszcze na dodatek obskurne. Jeśli ktoś chce przemieścić się na stadionie z miejsca na miejsce, okazuje się, że przejścia też są ciasne. Generalnie, jeśli chodzi o te aspekty, to w ogóle nie dziwię się głosom, że stadion nie przystaje do obecnych standardów.

Atmosfera
 
 

Miałem wrażenie, że z atmosferą dzisiejszego meczu było coś nie tak. Jak już wspomniałem w poprzedniej sekcji, na moim sektorze było mnóstwo turystów, a często w tłumie mogłem usłyszeć swój ojczysty język. Ceny biletów były horrendalnie drogie, ale trybuny mimo wszystko były prawie pełne - pewnie w znacznym stopniu pełne turystów, tzn. ludzi, którzy tak jak ja nie są z tym klubem związani na co dzień, ale chcieli jednorazowo zobaczyć szlagier europejskiego formatu. Zresztą, zarówno po merchu w oficjalnym sklepie klubowym, jak i po komunikatach i marketingu na stadionie (materiały puszczane przed meczem na telebimie były głównie po angielsku) widać było, że to wszystko jest nastawione nie na lokalnego fana, a na turystów z całego świata. Wszystko to było dla mnie trochę rozczarowujące i nieautentyczne.

No dobra, koniec tego pieprzenia, bo na kilka-kilkanaście minut przed meczem spiker zapowiedział, że zostanie odśpiewany hymn Milanu. Wreszcie coś, gdzie moja dziecięca zajawka się przyda, w końcu na spotkaniach naszego fanclubu nieraz odtwarzaliśmy sobie ten hymn. Jest to staroświecka piosenka... choć ponoć skomponowana w 1988 roku, a więc nie taka stara. Co prawda nigdy nie nauczyłem się poprawnie jej słów (w końcu, są po włosku), ale jeśli cały stadion ją zacznie śpiewać, to i tak nikt nie dosłyszy, że słowa, które wydobywają się z moich ust są bez sensu. Słowa hymnu lecą mniej więcej tak:

Milan Milan solo con te
Milan Milan sempre per te

Camminiamo noi accanto ai nostri eroi
Sopra un campo verde sotto un cielo blu
Conquistare voi una stella in piu
A brillar per noi
E insieme cantiamo...

No dobra, starczy tych skopiowanych z Internetu linijek. Szczególnie, że... to nie ten utwór rozległ się z głośników. Z głośników rozległ się bowiem oczywisty (wałkowany na setkach stadionów całego świata jako zwykła piosenka kibicowska) remix utworu Sara perché ti amo. No cóż, ta piosenka ma różne zalety - obiektywnie mówiąc, jest ona dobrą przyśpiewką stadionową, a jej melodia jest bardzo znana. Odwiedzający stadion turyści na pewno kojarzą ją lepiej niż prawdziwy hymn Milanu, więc marketingowo to strzał w dziesiątkę.

Poza piknikiem mieliśmy jednak też grupy tifosich. Kibice Milanu zajmowali oczywiście Curva Sud, czyli zabramkową trybunę południową. Z kolei kibice gości zajęli górną część trybuny Curva Nord (czyli znajdującą się naprzeciwko zabramkową północną), która z kolei jest trybuną kibiców Interu. San Siro jest miejscem, gdzie sektor gości nie ma stałego położenia - w zależności od tego, kto jest tego dnia gospodarzem, goście wpuszczani są na inną curvę. I chyba właśnie wyjątkowo zacznę od kibiców gości - ci, jak na Włochów przystało, poobwieszali cały swój sektor flagami (wśród nich była dość duża flaga o treści MILANO) i przez cały mecz prowadzili doping przy użyciu wielu sporych machajek. Z kolei jeśli chodzi o kibiców gospodarzy... oni dopingowali dziś w zupełnie innej scenerii.

Pomijając jakieś pomniejsze flagi wywieszone w dolnych sektorach Curva Sud w okolicach narożników boiska, na trybunie nie wisiało zupełnie nic. Co nie znaczy, że na meczu nie było oprawy - przed meczem tysiące kibiców znajdujących się na środkowym poziomie trybuny... zapaliło latarki w smartfonach, tworząc imponującej wielkości i imponująco czytelny napis o treści € 139. Tyle podobno kosztowały tego dnia najtańsze bilety na środkowy poziom trybun - jeśli taka była cena za miejsce za bramką, to jest to horrendalnie drogo. Wiadomo, jednorazowy turysta (taki jak ja) może się szarpnąć, ale dla wielu prawdziwych kibiców Milanu zapewne była to kwota, która spowodowała odpuszczenie sobie szlagieru z Juve. W trakcie całego meczu na trybunie wisiał zaledwie jeden transparent - o treści PER UN CALCIO PIU GIUSTO E POPOLARE (po wrzuceniu w translator: dla bardziej sprawiedliwego i ludzkiego futbolu). No cóż, to dopełnia całokształtu tej sekcji.

I jeszcze na koniec mały disclaimer - oczywiście, to nie jest tak, że dzięki tym kilku dziecięcym latom kibicowania Milanowi (poprzez oglądanie meczów w TV i zbieranie z Kolegami wycinków z gazet) uważam się teraz za prawdziwego kibica, który jest rozczarowany, że organizacja meczu została zrobiona nie pod niego, a pod jakichś losowych turystów, co to nie znają starego hymnu klubu. Zdaję sobie sprawę, że ja też byłem tu losowym turystą. Tylko po prostu patrząc na to wszystko, zrobiło mi się żal prawdziwych kibiców, którzy chyba są postrzegani przez władze klubu jako przeszkoda w maksymalizacji zysku.

Mecz
 
 

Na Chomiku zwykle nie ma wielkiej europejskiej piłki, choć jakieś przebłyski się zdarzały. Na łamach strony opisywałem choćby starcie Realu Madryt z Atalantą, którego stawką był Superpuchar UEFA - to się jednak trochę nie liczy, ponieważ żeby zobaczyć ten mecz nawet nie musiałem opuszczać Warszawy - to mecz przyjechał do mnie. Poza tym, miałem okazję oglądać na żywo w sumie 3 mecze lig TOP5 - raz Premier League, raz Ligue 1 i raz Serie A. Po raz pierwszy jednak miałem okazję zobaczyć starcie dwóch prawdziwych europejskich potęg, bo za takie chyba mimo wszystko należy uznać Milan i Juve. I jak wypadł ten mecz?

Straszne guano. Wyspa Kormoranów.

A no tak, zapomniałem o obowiązkowym przedstawieniu sytuacji w tabeli przed dzisiejszym meczem. Otóż dzisiejszy mecz był meczem 34. kolejki Serie A (na 38 możliwych). Milan był chyba na 2. miejscu - premiowanym awansem do Ligi Mistrzów, a Juve na 4. miejscu - również premiowanym awansem do Ligi Mistrzów. Panowie Allegri i Spaletti tak się przerazili możliwością utraty tych miejsc, że zagrali dziś bardzo zachowawczo. Mecz wyglądał straszliwie i zakończył się bezbramkowym remisem, a żeby było śmieszniej, ten punkcik nic nie dał żadnej z drużyn, bo Juve skończyło ostatecznie sezon na miejscu 6., a Milan na miejscu 5. (Milanowi należy się chyba jakaś specjalna nagroda, bo w ostatniej kolejce wystarczył im zaledwie remis w domowym meczu z nie grającym już o nic Cagliari, a i tak udało im się to spieprzyć).

Dzisiejszy mecz to było straszliwe męczenie buły (choć pewnie gdybym się choć trochę znał na taktyce, miałbym z tego meczu jakąś radochę, bo z tej wysokości mogłem objąć wzrokiem całą murawę oraz wszystkich 22 piłkarzy, niczym punkciki na wizualizacjach w dawnych edycjach Football Managera). Pierwsza groźna sytuacja dla gospodarzy miała miejsce w 23. minucie, gdy prawym skrzydłem pociągnął Youssouf Fofana, ale jego strzał z kilkunastu metrów trafił jedynie w boczną siatkę. W 34. minucie było nawet groźnie, bo z 16 metrów uderzał Adrien Rabiot - strzał był w sam środek bramki, ale na tyle mocny, że Michele di Gregorio wypluł go przed siebie (nikt tego jednak nie dobił). A że niewykorzystane okazje się mszczą i takie tam, 2 minuty później Juventus zdobył gola. W pole bramkowe bardzo dobrą piłkę posłał Francisco Conceição, a tam wślizgiem piłkę do bramki skierował Khéphren Thuram - jak jednak można się domyślić po wyniku końcowym, gol nie został uznany (Thuram był na spalonym). Trzy minuty później Conceição znalazł się w nieco podobnym miejscu w polu karnym i tym razem zdecydował się na strzał, ale ten w dziwaczny sposób obronił klatką piersiową Mike Maignan. Do przerwy było 0:0.

Druga połowa zaczęła się bardzo obiecująco, bo po świetnej płynnej akcji kombinacyjnej (w której wzięli udział Christian Pulisic, Rabiot i przede wszystkim Rafa Leão) piłka trafiła do niepilnowanego Alexisa Saelemaekersa, który z 10 metrów trafił w poprzeczkę. Ale to było na tyle, jeśli chodzi o groźne akcje po obydwu stronach - chyba, że weźmiemy pod uwagę groźne zderzenie głowami Manuela Locatellego z Luką Modriciem, w wyniku którego Chorwat musiał w 80. minucie zejść z boiska. Po meczu okazało się, że Kryszak Lukita doznał złamania kości jarzmowej i niewiele brakowało, żeby był to jego ostatni występ w karierze. Na szczęście, Modrić do końca sezonu zdążył doprowadzić doprowadzić się do stanu używalności i wziął udział w tegorocznych Mistrzostwach Świata (przy okazji, ta kontuzja... paradoksalnie przedłużyła Chorwatowi karierę o kolejny sezon w piłce klubowej, ponieważ czuł on na tyle duży niedosyt związany z przedwczesnym zakończeniem sezonu 2025/26, że przedłużył kontrakt z Milanem o kolejny rok).

next  prev