 |
Fram - ÍA 0:1 (0:1)
06.04.2025 19:15
Lambhagavöllurinn (Grafarholt og Ulfarsardalur/Reykjavik)
Besta Deildin
Widzów:
1.101
Cena biletu:
3000 ISK (opłata za wstęp)
| |
Takie rzeczy tylko na Islandii: jeden z najbardziej utytułowanych klubów przenosi się na nowo zbudowane osiedle, aby chronić nowych mieszkańców przed alkoholizmem. Albo też zostaje tam posłany przez państwo. (pewnie mocno nadinterpretowuję fakty, ale clickbait wyszedł fajny)
| | Dotarcie na mecz |
    |
Po obejrzeniu jako-takiego meczu pomiędzy Valur a Vestri w centrum Reykjaviku, moim kolejnym celem był znajdujący się na totalnych obrzeżach miasta dystrykt Grafarholt og Úlfarsárdalur. Jest to co prawda chyba najdalej położony dystrykt Reykjaviku, ale jak się okazało, pomiędzy stadionem Valur i stadionem Fram... istnieje bezpośrednie połączenie autobusowe, a konkretnie zapewnia je linia 18. Wsiadłem w ten autobus na przystanku Valsheimilið ok. godziny 16:30, i już mniej więcej o godzinie 17 znalazłem się w okolicach stadionu Fram. Kiedy zorientowałem się, że będę na miejscu zdecydowanie zbyt wcześnie, zdecydowałem się wysiąść kilka przystanków przed moją destynacją (zdaje się, że na przystanku Geislabaugur), żeby pospacerować po okolicy.
Okolica była bardzo dziwna. Dystrykt Grafarholt og Úlfarsárdalur znajduje się w pewnej odległości od reszty Reykjaviku i składa się z dwóch malowniczo położonych na wzgórzach odrębnych osiedli, gdzie... generalnie nie ma nic. Pomijając znajdujące się na samym skraju dystryktu KFC i sklep Kronan (dokąd nie chciało mi się już zapuszczać), na całym parokilometrowym obszarze nie znalazłem żadnego miejsca, gdzie dałoby się zdobyć cokolwiek do jedzenia (OK, przyznaję, że teraz widzę gdzieś na mapie jedną piekarnię, ale niestety, Google Maps mi jej nie pokazywało, kiedy będąc na miejscu wyszukiwałem tak złożone hasła jak food ). Wszędzie znajdowały się jedynie estetyczne islandzkie bloki.
Po zwiedzeniu południowej części dystryktu udałem się w stronę północnej części, gdzie znajdowało się drugie osiedle. Jak się okazało, znaczna część tego osiedla... nie została jeszcze oddana do użytku. Ozdobą osiedla był natomiast nowiutki obiekt Fram Reykjavik - klubu z ponad stuletnią tradycją, który swoje największe tryumfy osiągał grając w ścisłym centrum stolicy Islandii. Fakt, że klub ten zdecydował się przenieść do stosunkowo nowego dystryktu położonego na totalnych przedmieściach Reykjaviku jest dość ciekawy - dorobiłem już do tego pewną historię, mianowicie, że ten zasłużony klub niejako poświęcił się , aby nieść do mieszkańców nowego dystryktu kaganek trzeźwości, poprzez zapewnienie mieszkańcom sportowej rozrywki i generalnie aktywizacji (w poprzednim poście opowiadałem trochę o tym, jak ważną rolę społeczną w Islandii pełni sport, bez którego obywatele zapewne zachlaliby się i zaćpali na śmierć). I bardzo możliwe, że w swojej interpretacji mam rację.
| | Stadion |
    |
    |
Stadion Lambhagavöllurinn został zbudowany całkiem niedawno - biorąc pod uwagę, że powstał on specjalnie dla drużyny Fram, która dopiero w 2024 roku rozegrała tu swój pierwszy mecz, dochodzę do wniosku, że został oddany do użytku właśnie na początku 2024 roku. Jak na Islandię przystało, do użytku nie oddano wyłącznie stadionu piłkarskiego, a cały kompleks - trybuna jest połączona z pełnowymiarową halą sportową, na której przed meczem akurat juniorzy mieli trening szczypiorniaka. Stadion składa się z jednej trybuny prostej, która zgodnie z oficjalnymi informacjami, liczy dokładnie 1861 miejsc siedzących (krzesełka są w kolorze przeważnie białym, z domieszką niebieskiego i szarego) i jest w pełni zadaszona. Bardzo fajne w trybunie jest to, że jest ona podwyższona o jakieś 1,5-2 metra względem poziomu murawy, stąd całkiem komfortowo ogląda się na niej mecz. Ciekawostką są też betonowe ławki rezerwowych (chodzi mi oczywiście o obudowę i zadaszenie, bo piłkarze siedzą na krzesełkach), które są zintegrowane z konstrukcją trybuny.
Za trybuną znajduje się wejście do wnętrza budynku, gdzie znajdują się stoiska gastronomiczne (można też tam kupić pamiątki - ja kupiłem sobie niezbyt imponujący plastikowy kubek na ciepłe napoje, który jednak kosztował zaledwie 1000 ISK, czyli akceptowalnie nawet jak na polskie standardy), stoiska z piwem oraz przestrzeń do konsumpcji z krzesełkami, stolikami i kanapami. Islandczycy, którzy przed pierwszym gwizdkiem spożywali tam piwo, oglądali na dużym ekranie transmisję meczu z Akureyri. Jedynym minusem budynku stadionowego był fakt, że otwarte było tylko jedno wąskie wejście, wokół którego w trakcie wzmożonego ruchu (a więc np. przerwy) tworzyły się zatory.
Na stadionie znajduje się sztuczna murawa (co jest zresztą islandzkim standardem; co prawda, na tyłach stadionu znajdowało się parę ogrodzonych hektarów całkiem dobrze utrzymanego zielonego trawnika, ale nie wiem, jaki jest cel przyświecający temu przedsięwzięciu) i sztuczne oświetlenie (z racji tego, że mecz kończył się po 21:00 czasu lokalnego, miałem okazję zobaczyć, jak się ono sprawuje w akcji - i przyznam, że było to konsternujące, bo jego jakość pozostawiała wiele do życzenia). Poza tym, na stadionie znajduje się imponujący telebim, na którym były wyświetlane całkiem fajne grafiki - ale niestety, nie miałem jednak okazji, żeby zobaczyć, co jest na nim prezentowane w przypadku gola dla gospodarzy. A, na koniec mogę jeszcze dodać - zgodnie ze smutnym islandzkim standardem, na stadionie nie sprzedawano biletów, przy wejściu uiściłem po prostu płatność kartą.
| | Atmosfera |
    |
Na poprzednim meczu (który rozpoczął się tego samego dnia o 14:00) niedostatecznie zinwestygowałem kwestię stadionowego jedzenia - a tuż po nim wsiadłem w autobus i dojechałem do dystryktu, gdzie, jak już mówiłem, nie znalazłem żadnego miejsca, gdzie można nabyć coś do jedzenia. Efektywnie, wyszło na to, że przez cały dzień ciągnąłem jedynie na rogaliku 7days oraz na jednej saszetce musu owocowego. Z tego powodu przyznam, że przed meczem zajmowała mnie głównie kwestia tego, kiedy na stoisku gastronomicznym pojawi się ciepłe jedzenie - w końcu, gdzieś na 20 minut przed pierwszym gwizdkiem udało mi się nabyć hamburgera. Jest to chyba standardowe islandzkie stadionowe jedzenie, ponieważ takie poręczne paczuszki w folii aluminiowej widziałem chyba na każdym stadionie. Przyznam, że to bardzo fajny patent, ponieważ takiego szczelnie opakowanego hamburgera łatwo jest zanieść na trybunę (nawet jeśli trzeba się przeciskać w tłoku), a następnie go tam zjeść, nie brudząc się przy tym za bardzo (choć ja i tak cały się tym ubrudziłem).
Kiedy tak krążyłem przed meczem po stadionie, poza wspomnianym wcześniej kubkiem Fram nabyłem też coś, co wyglądało jak program meczowy (dlatego też zwracając się do osoby sprzedającej, użyłem zwrotu matchday programme ). Kiedy po zasiąściu na trybunie zacząłem go czytać, okazało się, że nie jest to program meczowy, a... śpiewnik. Było to całkiem obiecujące, bo zapowiadało niezłą atmosferę meczową. Pioseneczki w śpiewniku były głównie po islandzku, czego oczywiście w ogóle nie zrozumiałem, ale było też parę rzeczy brzmiących bardziej znajomo. W oko wpadły mi takie przyśpiewki jak: Þú, Þú dast, Þú dast víst
Fred Saravia, he drinks Sangria, he came from Brazil to Reykjavík. He is 5 foot 7, and football heaven. Oh, please don't take our Fred away
Niestety, podczas samego meczu atmosfera była raczej piknikowa i nie było mi dane usłyszeć żadnej pioseneczki ze śpiewnika (swoją drogą, dopiero teraz zobaczyłem, że na odwrocie śpiewnika znajduje się jakiś podpis - ale nie mam pojęcia, czyjego on jest autorstwa i czy w ogóle piłkarza). Kibice gospodarzy nie śpiewali chyba nic poza wykrzykiwaniem raz na jakiś czas nazwy swojej drużyny (a jednosylabowe Fram nie było w tym przypadku zbyt spektakularne), z kolei grupa kibiców gości była dużo lepiej zorganizowana i próbowała czasem śpiewać też coś dłuższego, ale generalnie również nie były to porywające dawki dopingu. A, właśnie - na stadionie pojawiła się tradycyjnie spora grupa kibiców gości przybyłych z Akranes (miasto znajdujące się ok. 40 kilometrów od miejsca rozgrywania dzisiejszego meczu), która tym razem akurat ulokowała się nie na skraju trybuny, a mniej więcej pośrodku. Ogólnie, dzisiejszy mecz zgromadził na trybunach nieco ponad tysiąc osób, co należy chyba uznać za całkiem przyzwoitą liczbę.
| | Mecz |
    |
    |
Jak już zdążyłem wspomnieć w poprzednich relacjach, ten weekend to dopiero pierwsza kolejka sezonu 2025 Besta Deildin, stąd aby przedstawić kontekst dzisiejszego meczu, należy sięgnąć do archiwów. I wychodzi na to, że tym razem to chyba nie gospodarze byli faworytem, ponieważ w zeszłym sezonie Fram zakończyło rozgrywki na 9. miejscu (a konkretnie, na 3. miejscu w grupie spadkowej), z kolei ÍA dostało się do grupy mistrzowskiej i skończyło sezon na miejscu 5.
Sam mecz... podobnie jak poprzednie oglądane przeze mnie spotkanie, był widowiskiem raczej dla koneserów. Moim najbardziej istotnym spotrzeżeniem był fakt, że wiatr istotnie wpływał na przebieg rozgrywki, głównie poprzez spowalnianie wysokich wykopów, ale zdarzyła się też sytuacja, że napastnik ÍA minął się z dośrodkowaną piłką, która zboczyła na wietrze. Z początku to piłkarze Fram mieli lekką optyczną przewagę, a także parę okazji - choć nie były one akurat wynikiem lepszej gry, a zwykłego szczęścia. W 10. minucie bramkarz ÍA (Arni Marino Einarsson) dostał od obrońcy podanie, po którym nie za bardzo wiedział co ma dalej robić, a gdy w końcu zdecydował się na zagranie, jeden z napastników Fram (chyba Vuk Dimitrijević) zblokował je. Ostatecznie jednak napastnikowi Fram nie udało się opanować piłki przed powrotem obrońców i nie zakończył on tej akcji strzałem. W 18. minucie Haraldur Einar Asgrimsson próbował wkręcić piłkę bezpośrednio z rzutu rożnego, ale Einarssonowi udało się przenieść piłkę nad poprzeczką.
W końcu w 26. minucie swoją pierwszą groźną okazję miał ÍA, a konkretnie był to rzut wolny z ok. 21-22 metrów na wprost bramki. Do piłki podszedł Runar Mar Sigurjonsson i pięknym strzałem w okienko pokonał Olafura Isholma Olafssona. I szczerze mówiąc, to w sumie było na tyle, jeśli chodzi o ciekawe sytuacje... już do końca meczu. Piłkarze Fram przez całą drugą połowę dość nieudolnie próbowali ataków pozycyjnych i w sumie to ÍA było bliższe drugiej bramki niż gospodarze wyrównania. Najciekawszym wydarzeniem drugiej połowy była dla mnie sytuacja z 50. minuty, kiedy Einarsson (bramkarz gości) rzucił się w celu przechwycenia dłuższego podania po ziemi, ale widząc, że żaden z graczy gospodarzy nie dojdzie już do tej piłki, a leci ona na aut bramkowy, przepuścił ją pod brzuchem, licząc na wznowienie od bramki i ugranie kilkunastu sekund (gra na czas w 50. minucie - to wiele świadczy o atrakcyjności widowiska w drugiej połowie). Ku jego zdziwieniu, sędzia podyktował w tej sytuacji rzut rożny.
|
| |
| |
  
|
|