glownachomikmapatrocinytags
Polska - Austria 1:3 (1:1)
21.06.2024 18:00
Olympiastadion Berlin
UEFA EURO 2024, Grupa D
Widzów: 69.455
Cena biletu: 60€ (Kurve, Block 35)
                 

Kontynuuję relację z Niemiec, bo po meczu otwarcia nadszedł czas na mecz o wszystko. I tym razem oglądam go nie sam, a z M., czyli moim prawie-szwagrem.

Dotarcie na mecz
 
 
 

Jak wspominałem przy okazji poprzedniej relacji, po otwarciu sprzedaży biletów na Euro 2024 całkiem nieźle mi się poszczęściło, bo już po kilku minutach klikania udało mi się trafić najtańszy bilet na mecz Polska-Holandia. Po tym sukcesie postanowiłem, że spróbuję jeszcze wykorzystać pozostałe dwadzieścia-kilka minut mojej półgodzinnej sesji w systemie biletowym i po jakichś kilkunastu minutach klikania udało mi się zupełnym fartem wyklikać dwa bilety na mecz Polska-Austria (oczywiście, w ogóle nie byłem zainteresowany spotkaniem Francja-Polska, bo wiedziałem, że będzie to mecz o honor), tylko tym razem były to już droższe wejściówki, a konkretnie po 60€ za sztukę. No, ale biorąc pod uwagę jak daleko od boiska znajdują się trybuny zabramkowe na Olympiastadion, chyba dobrze, że się szarpnąłem na droższe bilety w górnym pierścieniu (z dolnego chyba niewiele byłoby widać). Po poszukaniu wśród rodziny chętnych na drugi bilet, ostatecznie przypadł on M., czyli mojemu szwagrowi, czy też może wypowiadając się precyzyjnie, jak na razie prawie-szwagrowi.

Zdążyłem już napomknąć w innej z moich relacji, że posiadam prawie-szwagra - a konkretnie przy okazji meczu Górnika Wieliczka, bo właśnie w tym mieście mieszka on i moja siostra. Po przeanalizowaniu wraz z M. wad i zalet różnych środków transportu stwierdziliśmy, że wybierzemy się do Berlina samochodem - i biorąc pod uwagę, że z naszej dwójki tylko jedna osoba ma prawo jazdy (i nie jestem to ja), startowaliśmy właśnie z Wieliczki. Droga do Berlina poszła całkiem sprawnie - mieliśmy tylko problem na samej granicy, gdzie utknęliśmy w dość długim korku, ponieważ Niemcy wprowadzili akurat kontrole graniczne. Polizei skierowała nas do znajdującego się w lesie punktu granicznego, gdzie musieliśmy pokazać swoje dowody osobiste, a także skontrolowano nam Passata w poszukiwaniu ukrytych inżynierów i lekarzy. Mimo to, do Köpenick (chyba najbardziej oddalona na południowy wschód dzielnica Berlina, bo tylko tam było nas stać na nocleg) i naszego hostelu dotarliśmy znacznie przed założonym czasem.

Mecz rozpoczynał się o 18:00, ale ja po pobycie w Hamburgu wiedziałem już mniej więcej czego się spodziewać pod stadionem, dlatego wsiedliśmy w S-Bahn na dworcu Köpenick już o 15:10. Po drodze mijaliśmy takie ciekawe miejsca jak stadion Unionu czy amfiteatr Wuhlheide (gdzie został nagrany legendarny koncert Rammstein Live aus Berlin)... generalnie mijaliśmy mnóstwo ciekawych miejsc, ponieważ musieliśmy przejechać cały Berlin i jechaliśmy dokładnie godzinę. O 16:10 wysiedliśmy na stacji Olympiastadion i wraz z rzeką ludzi ubranych w biało-czerwone i czerwono-białe barwy zaczęliśmy przemieszczać się w stronę stadionu, mijając po drodze wielu ludzi, którzy próbowali sprzedać albo kupić bilet na mecz. Po jakichś 35 minutach udało nam się dojść w okolice stadionu, przejść przez wszystkie bramki i kontrole i w końcu znaleźliśmy się na terenach zielonych przynależących do stadionu, wśród przeróżnych stoisk gastronomicznych (niestety, jeśli chodzi o alkohol, tym razem na stoiskach nie mieli Weißweinspritz, tak więc przez cały mecz pozostałem trzeźwy), gdzie już mogliśmy swobodnie wchodzić na trybunę i wychodzić z niej.

Bezpośrednio po meczu oraz następnego dnia pozwiedzaliśmy sobie trochę Berlin, wykorzystując do oporu możliwości, jakie dawała nam nasza wejściówka na mecz (dzięki niej mogliśmy przemieszczać się za darmo transportem miejskim do godziny 18:00 następnego dnia). Zwiedziliśmy Potsdamer Platz, Alexanderplatz, zobaczylśmy kawałki muru berlińskiego, weszliśmy na kopułę Reichstagu Bundestagu (wymagało to od nas zdolności planowania, ponieważ należało sobie zarezerwować tę atrakcję dużo wcześniej), zobaczyliśmy Bramę Brandenburską, Pomnik Pomordowanych Żydów, Checkpoint Charlie, zjedliśmy też Kebab i Currywurst. W Lidlu zakupiłem sobie tanią koszulę w niemieckie flagi, która niestety okazała się być o parę numerów za duża (choć robię co mogę, żeby w przyszłości na mnie pasowała). Jedyne miejsce, którego nie udało się nam zwiedzić, to znajdujący się pod Bundestagiem Fanzone, gdzie niestety nie zostałem wpuszczony z plecakiem, pomimo tego, że był on pusty (jestem jednak w stanie zrozumieć powody, dla których wprowadzono takie normy bezpieczeństwa).

Stadion
 
 

Olympiastadion Berlin to monumentalny obiekt, który został zbudowany w III Rzeszy na słynne Igrzyska Olimpijskie w 1936 roku. Jak wiadomo, był to wielki architektoniczny projekt, który miał za zadanie rzucić świat na kolana i udowodnić wszystkim wyższość tzw. rasy aryjskiej... i można powiedzieć, że poniekąd się to udało. Od oddania obiektu do użytku minęło prawie 90 lat, a ja zdaję relację z meczu Mistrzostw Europy. A jeśli mecz fazy grupowej Euro 2024 nie robi na kimś wrażenia, to powiem więcej - został tu rozegrany finał Euro 2024!

Niektórzy byc może wyobrażają sobie, że aktualny Olympiastadion ma się do obiektu z lat 30. niczym obecny Stadion Narodowy do Stadionu Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego, ale to zupełnie nie tak - w tym przypadku to jest tak naprawdę ten sam stadion, ponieważ nie ucierpiał on nawet za bardzo podczas II wojny światowej. Porównując stan obecny ze zdjęciami z IO 1936 dochodzę do wniosku, że tak naprawdę jedynymi istotnymi zmianami wprowadzonymi od tamtego czasu na obiekcie było zbudowanie bardzo eleganckiego zadaszenia (szkoda tylko, że jest ono wsparte wieloma filarami, które mogą niektórym lekko przesłaniać boisko) oraz wstawienie krzesełek i skucie swastyk. Poza tym, jest to w zasadzie ten sam obiekt - nawet trybuna, na której zasiadały VIP-y wygląda praktycznie tak samo jak na zdjęciach z lat 30. jedynie osoby zasiadające na VIP-ach się zmieniły. Przyznam, że na takim weekendowym fanatyku historii jak ja zrobiło to niesamowite wrażenie - dziś na tym stadionie odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego, a zaledwie 88 lat temu (hehe, 88) sportowcy z całego świata hajlowali tu przed Hitlerem (a przynajmniej niektórzy).

No dobra, a co mogę powiedzieć o stadionie, skupiając się na jego funkcjonalności, a abstrahując od samej jego historii? Oczywiście, pod względem komfortu oglądania meczu stadion nie wytrzymuje porównania z obecnie budowanymi obiektami. Jest to spowodowane głównie tym, że stadion jest olimpijski, co oznacza, że boisko otoczone jest szeroką bieżnią - co więcej, trybuny nie mają takiego nachylenia jakie udaje się uzyskiwać na obecnych konstrukcjach, stąd osoba znajdująca się na górnym pierścieniu stadionu znajduje się naprawdę daleko od boiska. Jeśli chodzi o inne aspekty, na stadionie znajdują się trzy telebimy (na których prezentowano czasami wynik, czasami powtórki, a czasami przebieg meczu - co było nawet przydatne, kiedy coś działo się pod przeciwną bramką) i o ile dobrze pamiętam, nieco zbyt głośne nagłośnienie. Od strony zachodniej w zabramkowej trybunie stadionu znajduje się wycięcie w trybunach, ponieważ w tym miejscu w 1936 roku podczas zawodów płonął znicz olimpijski (sprawiło to, że sektor austriackich fanów był przepołowiony).

Atmosfera
 
 

O ile podczas naszego pierwszego meczu Euro geografia zdecydowanie sprzyjała przeciwnikom (w Hamburgu pojawiło się zdecydowanie więcej Holendrów niż Polaków), o tyle tym razem to my mieliśmy przewagę, ponieważ mecz był rozgrywany w Berlinie. Stąd, zarówno na mieście przed meczem jak i na samym stadionie Polacy liczbowo zdecydowanie dominowali. Zaledwie jednobramkowa porażka z Holandią na pewno dodała nam animuszu, ponieważ w drodze na mecz ulubioną piosenką Polaków było:

Auf wiedersehen, auf wiedersehen,
Austria, Austria (?) auf wiedersehen!

Trybuny wyglądały dość zabawnie, ponieważ obydwa kraje używają barw białych i czerwonych - nasze sektory można było rozpoznać po tym, że były bardziej białe, podczas gdy sektory austriackie były bardziej czerwone. Co prawda tylko najtańsze sektory (te z biletami po 30€) były jednoznacznie przypisane do danej drużyny, ale system biletowy UEFA zadziałał w miarę sensownie, stąd widzowie którzy zakupili bilety na te droższe miejsca - teoretycznie neutralne - zostali odpowiednio zgrupowani według zadeklarowanej narodowości. W każdym razie, trafiliśmy do sektora jednoznacznie polskiego (znajdującego się nad polskim młynem). Atmosfera była bardzo fajna, ponieważ Polacy prowadzili całkiem dobry doping i w moim totalnie subiektywnym odczuciu byliśmy dużo głośniejsi od Austriaków. Co prawda poza hymnem nie śpiewaliśmy skomplikowanych piosenek - repertuar był bardzo podobny do tego z meczu Polska-Holandia - ale efekt był całkiem dobry. Repertuar został parę razy wzbogacony o Jazdę z kurwami, ale obyło się chyba bez nadmiernego niepotrzebnego chamstwa (było całkiem budujące, że osoby, które próbowały przed meczem wygwizdywać austriacki hymn były od razu gaszone przez innych).

Jeśli chodzi o Austriaków, wpadło mi w oko, że mają oni chyba w zwyczaju przynosić na mecz swoje flagi. Były takie momenty kiedy wszyscy kibice zgromadzeni w austriackim młynie zaczynali naraz machać tymi flagami, co dawało bardzo fajny efekt. Austriacy zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie - co więcej, wracając po meczu pociągiem odbyliśmy dłuższą miłą pogawędkę z jakąś austriacką parą.

Mecz
 
 

Sytuacja przed dzisiejszym meczem była taka, że dla obydwu drużyn był to raczej mecz o wszystko. W pierwszej kolejce przegraliśmy swój mecz z Holandią 1:2, z kolei Austriacy przegrali 0:1 z Francją. Porażka w dzisiejszym meczu była... wysoce niewskazana. Miałem wrażenie, że nastroje w Polsce były przed tym meczem dosyć bojowe, co wynikało z naszej dość niskiej porażki w poprzednim meczu z Holandią. Wielu osobom wydawało się chyba, że powinniśmy dość łatwo pyknąć tę Austrię - przy czym owe osoby zapewne nie zdawały sobie sprawę z tego kim jest Ralf Rangnick i jaką preferuje on piłkę. Podpowiadam - dla takiej mozolnie poruszającej się reprezentacji jak nasza jest to chyba najbardziej zabójczy styl, z jakim może się zetknąć (oczywiście, łatwo jest formułować takie wnioski już po meczu, bo analiza wsteczna zawsze skuteczna itp., ale naprawdę miałem takie przeczucie przed meczem).

Chyba od początku meczu było widać, że Austriacy są szybsi, bardziej dynamiczni i nastawieni na gnębienie nas gegenpressingiem. Już w 9. minucie dało to efekt, ponieważ Philipp Mwene dorzucił z lewego skrzydła spod linii końcowej na krótki słupek, a tam piłkę głową do bramki skierował Gernot Trauner. Potem również wyglądało to dla nas nie najlepiej, bo Austriacy nadal dominowali Polaków, ale na nasze szczęście w 30. minucie po małej kotłowaninie w polu karnym piłka trafiła do Krzysztofa Piątka, a El Pistolero w tej sytuacji bardzo szybko się ogarnął i nieco sytuacyjnym uderzeniem pokonał Patricka Pentza. Pierwsza połowa zakończyła się dającym nadzieję wynikiem 1:1. A mogło być nawet lepiej, ponieważ w doliczonym czasie pierwszej połowy bardzo dobry strzał Piotra Zielińskiego obronił Pentz.

W drugiej połowie gra była o dziwo już całkiem wyrównana i w pewnym momencie wydawało mi się, że możemy nawet przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść, ponieważ polski Guardiola wpuścił na boisko powracającego po urazie Roberta Lewandowskiego (dzięki czemu M. dołączył do całkiem licznego grona Polaków, którzy widzieli na żywo RL9 w akcji). Niestety, w końcu nastąpiła 66. minuta, kiedy Austria znów wyszła na prowadzenie - i to zdobywając gola w zasadzie z dupy. Alexander Prass zagrał z lewego skrzydła przed pole karne do Christopha Baumgartnera, a ten (pomimo tego, że znajdowało się wokół niego czterech polskich obrońców) zdołał oddać strzał z 15 metrów, pokonując Wojciecha Szczęsnego, który w tej sytuacji w ogóle rzucił się w drugą stronę. 12 minut potem było już po meczu - Pentz zagrał lagę do przodu, jeden z Austriaków przedłużył to głową, a Marcel Sabitzer... znalazł się w sytuacji sam na sam ze Szczęsnym. Szczena sfaulował w tej sytuacji napastnika Borussii, za co otrzymał żółtko, a Austriacy jedenastkę. Rzut karny pewnie wykorzystał kapitan Marko Arnautović. Austriacy mogli jeszcze podwyższyć wynik, ale strzał Stefana Poscha świetnie obronił Szczęsny, z kolei Konrad Laimer w sytuacji sam na sam strzelał minimalnie niecelnie.

Mecz zakończył się rezultatem 1:3, co oznaczało, że nasza sytuacja w grupie stawała się beznadziejna i mogliśmy liczyć już tylko na to, że wieczorem Holandia pokona Francję, dzięki czemu w ostatniej kolejce ewentualne zwycięstwo z Francją mogłoby nam dać awans z 3. miejsca w grupie. Niestety, jak już dobrze wiemy, mecz w Lipsku zakończył się bezbramkowym remisem, dzięki czemu Polska była jedynym (!) zespołem na Euro, który po dwóch kolejkach nie miał już nawet mitycznych matematycznych szans na wyjście z grupy.

next  prev