glownachomikmapatrocinytags
Lechia Gdańsk - Lech Poznań 2:1 (2:1)
14.09.2019 17:30
Stadion Energa, Gdańsk
PKO BP Ekstraklasa
Widzów: 14.008
Cena biletu: 55 zł (normalny, sektor N)
           

Chomik pierwszy raz w życiu zagląda w celach piłkarskich na Pomorze. Co więcej, po tych wszystkich trzecich i czwartych ligach, pierwszy raz od pół roku decyduje się zobaczyć mecz na tzw. poziomie. W dodatku na najładniejszym stadionie w Polsce i nie sam, bo towarzyszy mi M. - kolega z pracy.

Dotarcie na mecz
 

Cała opowieść miała się zacząć od meczu Bałtyku Gdynia w sobotę o 11. Żeby znaleźć się o tej porze w sobotę w Gdyni, musiałem szarpnąć się na Bilet Weekendowy Max, pozwalający na wożenie się po Polsce pociągami Pendolino - po raz pierwszy w swoim życiu. Jednak już w czwartek, kiedy przegladałem z nudów terminarz III ligi grupy II, ze zdziwieniem stwierdziłem, że Bałtyk swój mecz gra jednak w niedzielę. Mecz został bowiem przeniesiony na następny dzień na wniosek Komendy Wojewódzkiej Policji. Nie było to zapewne bez związku z dzisiejszym meczem w Gdańsku ale i tak JP na 100%. Ze względu na to, że Pendolino nie było mi już potrzebne, wybrałem się na Centralny i zwróciłem swój bilet premium i wszystkie płatne miejscówki, wymieniając go na zwykły cebulowy Bilet Weekendowy pozwalający jeździć zwykłymi pociągami. Zająłem co prawda kasę na jakieś 20 minut, ale raczej było warto, ponieważ odzyskałem tym samym jakieś 105 zł.

Stąd, zamiast luksusowym Pendolino, przyjechałem do Gdańska zwykłymi pociągami TLK/IC, na dodatek z przesiadką w Iławie (miałem tym samym okazję rozejrzeć się po Iławie, która była moim głównym celem piłkarskim w niedzielę). Na stacji Gdańsk Wrzeszcz byłem punktualnie o godzinie 12:15 , co mi trochę pokrzyżowało plany, bo spodziewałem się spóźnienia. Pochodziłem trochę po Gdańsku, aż wreszcie około 14 znalazłem się pod stadionem Energa, Tam spotkała mnie pewna niespodzianka, ponieważ w dniu meczowym kasy były otwierane dopiero na 2 godziny przed meczem. Wiedziałem o tym, więc udałem się do fanstore Lechii, który, jak się okazuje, również w dniu meczowym jest otwierany dopiero na 2 godziny przed meczem. Tak samo jak muzeum Lechii Gdańsk. Nie była to więc najbardziej owocna wizyta, ale przynajmniej mogłem spokojnie obejść cały Stadion Energa i porobić jego zdjęcia, a także ogarnąć sobie wcześniej pieszą drogę na stadion (a prowadziła ona przez dzielnicę fabryk i zakładów oraz niesamowicie obskurne przejście podziemne z niskim stropem).

Ok. 16:15 podjąłem drugą próbę kupna biletów, tym razem skuteczną. Okazało się jednak, że nie mogę kupić biletu ulgowego dla M., ponieważ nie miałem z sobą jego legitymacji; co więcej, okazało się, że na stadionie można zajmować miejsca jedynie na dolnym pierścieniu (to dwa fakty stojące w pewnej sprzeczności z informacjami wyczytanymi w Internetach). Po kilku minutach dołączył do mnie M., który jechał na mecz wesołym tramwajem, w którym śpiewano Stara kurwa do jebania - Lech z Poznania!. Wybraliśmy się jeszcze do Fanstore, gdzie zakupiłem sobie kubek (pierwszy kubek od meczu w Olsztynie) i do punktu depozytowego, w którym zostawiliśmy plecaki. A ja przy okazji zapomniałem wyjąć ze swojego plecaka bluzę i mocno później żałowałem tego kroku.

Stadion
 
 

Stadion Energa. Prawdopodobnie najładniejszy w Polsce, ewentualnie jestem skłonny uznać go za drugi najładniejszy w Polsce, tuż za Narodowym. Z zewnątrz piękny, złoty kolor, od środka dach również wygląda znakomicie. Siedzenia bardzo wygodne, widok z nich jest znakomity, nawet jeśli komuś trafiło się miejsce w niezbyt dobrze ulokowanym sektorze N (na wysokości pola karnego). Do tego cztery wielkie telebimy, na których prezentowane są znakomite treści multimedialne. Po prostu... piękny stadion. Raz na dwa tygodnie można go zobaczyć w nc+, a w Internecie są pewnie tysiące doskonałych zdjęć, oddających jego jakość. Dlatego też w tej sekcji opiszę coś innego.

Otóż w trakcie meczu spiker stadionowy zachęcał do zobaczenia meczu rezerw Lechii, który miał się odbyć nazajutrz na stadionie przy ulicy Traugutta. Oczywiście komunikat ten miał na celu przede wszystkim zagłuszenie śpiewów o starych kurwach, ale efektem ubocznym tego zabiegu było to, że poczułem się zachęcony wizją zobaczenia starego stadionu Lechii. Nie zaliczyłem sobie tego jako obejrzany mecz, ponieważ z powodów logistycznych mogłem zobaczyć tylko pierwszą połowę - pomimo to uważam, że naprawdę było warto. Stary stadion Lechii jest bardzo dobrze wtopiony w tkankę miejską - obiekt jest ogrodzony drzewami, tuż za terenem stadionu znajdują się już kamienice. Stadion jest zbudowany na planie owalu, jak typowy obiekt z bieżnią - tyle że w przypadku tego stadionu nie ma już na nim bieżni, a całą płytę pokrywa równa, zadbana murawa (nawet daleko za bramkami). Wszystkie trybuny są tej samej wysokości, pokryte biało-zielonymi krzesełkami - łącznie jest ich około 11 tysięcy, co sprawia, że stadion nie pomieściłby wszystkich zainteresowanych sobotnim meczem. Z całego stadionu zadaszona jest tylko zachodnia trybuna (na której biało-zielone krzesełka układają się w słowo LECHIA) - i to nie w pełni. Dodatkowo zadaszenie jest starego typu - położone dość nisko nad trybuną i wsparte wieloma filarami, które pewnie lekko utrudniają ogladanie meczu. Za północną trybuną znajduje się wielka czarna tablica wyników, na której wyświetlane są ledwo dostrzegalną czcionką nazwy drużyn, a takze - już nieco większymi znakami - aktualny wynik i czas.

Tyle że rezerwy wcale nie grały na głównym obiekcie, a na boisku bocznym. Tutaj jest niewiele do opowiadania. Na plus należy ocenić naturalną murawę, na minus dwumetrowe ogrodzenie, które odgradza boisko ze wszystkich stron, również od strony... trybuny. Nic dziwnego, że część widzów wybiera stanie od strony parkingu, gdzie tak samo znajdują się za ogrodzeniem, jednak mogą obserwować mecz z wysokiego nasypu ziemnego.

Ogólnie dobrze, że zobaczyłem stary stadion. Nie przystaje on oczywiście do Stadionu Energa i wcale nie zamierzam twierdzić, że lepiej byłoby, gdyby Lechia właśnie na nim rozgrywała swoje domowe mecze. Ale jest on na pewno domem Lechii, w większym stopniu niż bursztynowa arena. Tutaj Lechia grała z Juventusem, tutaj Lechia przebyła drogę z A-klasy do Ekstraklasy (fakt, że musiała zaczynać aż od A-klasy jest dla mnie dość niezrozumiały), tu znajdują się przeróżne tablice pamiątkowe, a na chodniku, przy wejściu na trybunę - metalowe gwiazdy z nazwiskami poszczególnych graczy Lechii (jako niewtajemniczony w dzieje Lechii, zwróciłem uwagę głównie na tych najbardziej znanych, czyli Ryszarda Polaka i Bogusława Kaczmarka).

Atmosfera
 
 

Na początek przytoczę interesting fact, który bezpośrednio rzutował na atmosferę dzisiejszego meczu: otóż Lech ma zgodę z Arką. Wiem, że to oczywiste, ale wyleciało mi to z głowy, zupełnie nie wiem w jaki sposób. I wróciło do niej dopiero w momencie, gdy kibice pod stadionem zaczęli lżyć naprędce ułożonymi bluzgami kibiców gości, gdy ci swoim wejściem udawali się na stadion. Przed meczem oraz po meczu było jednak bezpiecznie, ponieważ w okolicę stadionu ściągnięto chyba wszystkich mundurowych z całego woj. pomorskiego i nie starczyło na organizację meczu Bałtyku. Już ok. tej 14.30, kiedy wracałem spod stadionu Energa, szedłem przez szpaler złożony z co najmniej 30 wozów policyjnych i ich załóg (była też jedna polewaczka). A była to tylko jedna z kilku dróg prowadzących na stadion.

Wraz z M. zasiedliśmy w pikniku w pobliżu sektora gości, mniej więcej na wysokości punktu, z którego strzela się rzuty karne. Mimo to, widok na całe boisko był świetny. Co do samego pikniku, było w nim nadspodziewanie wysokie stężenie barw, ponieważ większość osób miała na sobie koszulkę, szalik, lub inny biało-zielony element - co jest chyba dość typowe dla miast jednoznacznie określonych kibicowsko (a jak nie barwy Lechii, to Ślaska, czasami występowały też szaliki Gwardii Warszawa Gryfa Słupsk). Ze względu na totalny brak barw, wraz z M. wyglądaliśmy tu trochę nie na miejscu. O ile M. w pomarańczowej bluzie wyglądał obojętnie, to ja zdecydowałem się tego dnia na absurdalny strój, jakim było niebieskie polo z kołnierzykiem - biorąc pod uwagę, że z kieszeni na wysokości serca (tam, gdzie na piłkarskich trykotach z reguły są herby) wystawał mi biały bilet, kolorystycznie wyglądało to dużo bliżej gości niż gospodarzy. Skoro tak już wyszło, zacznę od opisywania sektora gości. Gości było mniej więcej 1000 - większość ubrana na biało-niebiesko, drugimi najbardziej popularnymi barwami były żółto-niebieskie. Poobwieszali swój sektor ze wszystkich stron flagami, spośród których miałem okazję dojrzeć tylko kilka - Pyry, Arkowcy, Kolejorz, widziałem też białe płótno z wysprayowaną Przeplatanką ŁKS-u i hasłem, którego pod tym kątem już nie dojrzałem, a także nietypową flagę z hasłem eLechowa klika. eLechowa? Przecież to e od razu kojarzy się z Internetem i z internetową napinką, a w najlepszym wypadku z sekcją eSportu. Z bardziej poważnych rzeczy, w trakcie pierwszej połowie na froncie sektora gości wisiał transparent upamiętniający zmarłego Kibica.

Pierwszą rzeczą, jaką usłyszeliśmy od sektora gości było zawołanie Lechia Gdańsk! Kurwa, szajs!, na co młyn Lechii odpowiedział równie elokwentnym Lech z Poznania - stara kurwa do jebania!. A skoro wywołaliśmy już kibiców gospodarzy, czas opisać ich flagi - w górnej części sektora wisiały flagi Trójmiasto, Ultras Lechia, Sopot, Lechia Gdańsk (x2), Legiony Wrocławia (z moją wadą wzroku przedstawiona na fladze zakapturzona trupia czaszka patrząca w górę do złudzenia przypominała mi Gopnika z mema cyka blyat) i Kartuska Lechia. Dolny rząd to zdecydowanie najciekawsza flaga w młynie (znów z hasłem Lechia Gdańsk), na której zaprezentowany był Indiana Jones, a pod im znajdował się podpis poszukiwacze zaginionej arki (arki specjalnie małymi literami i małą czcionką, reszta kapitalikami), następnie nieodzowna w takich okazjach flaga Gdynia, Władcy Północy, Pruszcz Gdański i zagadkowa flaga o treści CHWM (tzn. Chuligani Wolnego Miasta). W młynie wisiała również flaga ś.p. Fristajl, upamiętniająca zmarłego Kibica Śląska.

Z racji naszego ulokowania (nieopodal sektora gości), część piosenek gospodarzy była mocno zagłuszona, jednak co nieco wychwyciłem a resztę dorobiłem, przeszukując Internety. I tak (pomijając fakt, że piłkarze wyszli w tle muzyki ze Stawki większej niż życie), wychwyciłem takie piosenki jak W Gdańsku, mieście mym Lechia dzisiaj gra..., lala, lala, lalala - hej, Lechia, gol!, My wierzymy tylko w BKS!, Gdańska Lechia najlepsza w Polsce jest czy warte dłuższego przytoczenia:

Trójmiasto jest nasze - Trójmiasto do nas należy,
Nie damy nikomu, nikomu nie damy, Trójmiasto do Lechii należy!


To My, kibice z Gdańska,
znani z chuligaństwa!
Za Lechię, za BKS,
pójdziemy aż po życia kres!

W rytmie hitu zespołu Omega Gyöngyhajú lány (znanym w Polsce pod nieco bardziej przystępnym tytułem Dziewczyna o perłowych włosach... oj, nie wytrzymam, chyba sobie odpalę YouTube) śpiewano też Hej, hej, hej BKS! Gdańska Lechia najlepsza jest!.

Jeśli chodzi o kibiców Lecha, mieli dość ciekawy repertuar, tyle że tych dłuższych piosenek nie zapamiętałem (może kiedyś wybiorę się do Poznania, to nadrobię te braki). Sektor gości pozdrowił Arkę Gdynia, ŁKS (Królem Łodzi jest ŁKS!) i KSZO (KSZO, KSZO, Ostrowiec!) i Cracovię (Hej, hej, Cracovia!). Z ciekawszych rzeczy, podczas gdy gospodarze pozdrawiali swoją zgodę z Wrocławia, kibice Lecha odpowiedzi okrzykami Cała Polska jebie Śląska!. Z innych ciekawych parodii piosenek gospodarzy, goście śpiewali/wykrzykiwali Gdańska kurwa!, Banda chuja! i Gdańska Lechia największą kurwą jest!. Z rzeczy zagrzewających do boju własnych piłkarzy, kibice Lecha śpiewali lala, lala, lala-la, Lech, Kolejorz!, Poznań, Poznań - hej, Kolejorz!, a także niesamowicie wpadającą w ucho piosenkę:

Na trybunach śpiew,
na boisku walka!
Wygraj dla Nas mecz,
nie poddawaj się!

Śpiewano też dłuższe piosenki, które jak już wspomniałem, nie zapadły mi odpowiednio w pamięć. Ogólnie, pomimo wzajemnych bluzgów ze strony kibiców obydwu drużyn, pokazywania sobie faków itd., nie doszło do jakichś gorszących scen i odpalania rakiet, wszystko odbyło się w cywilizowanych warunkach.

Mecz
 

Alomerović - Kobryń, Maloca, Dymerski, Chrzanowski - Żuk, Lipski, Wolski, Vikri, Mihalik - Flavio. Skład całkiem niezły, na Arkę byłby z pewnością wystarczający. Tyle, że nie był to wcale skład na mecz z Lechem, a wyjściowa jedenastka, która dzień później wyszła na mecz IV ligi ze Stolemem Gniewino. Przyciągnęło to na mecz rezerw jakieś 100 osób, w tym mnie. Do przerwy Lechia prowadziła 5:0 po hat-tricku Mihalika i dwóch golach Wolskiego. Ja najbardziej cieszyłem się z faktu, że zobaczyłem jednorożca - a dokładniej, słynnego Egy Maulana Vikri, czyli Indonezyjczyka, który jak na razie nie ma w Lechii właściwie żadnych zasług piłkarskich, za to nabił jej setki tysięcy fanów na facebooku, instagramie i innych nic nie wartych portalach społecznościowych. W starciu z IV-ligowym Stolemem wydawał się być całkiem niezły, tyle że rzucał się w oczy jego brak prawej nogi - w trakcie pierwszej połowy chyba tylko raz zobaczyłem, żeby dotykał nią piłki.

No dobra, a co na meczu pierwszej drużyny? Bez Wolskiego, Lipskiego, czy Flavio, za to z Kuciakiem, Peszką, i Sobiechem - Lechia stawiała czoła stawiającemu na młodzież i wychowanków Lecha, w którego pierwszym składzie wyszło dziś 9 obcokrajowców. I to Lech w pierwszych minutach wyglądał bardziej przekonująco. Nie wyprowadzali może jakichś bardzo groźnych akcji, ale cała gra odbywała się na połowie gospodarzy. W ciągu pierwszego kwadransa najlepszą akcję miała jednak Lechia - po nieudolnie wykonanym przez Lechitów rzucie wolnym, jeden z Lechistów świetnym podaniem uruchomił Sławomira Peszkę, a ten w asyście tylko jednego obrońcy wbiegł w pole karne. Ostatecznie Peszko oddał inteligentny, ale zbyt lekki strzał i Mickey van der Haart nie miał problemu ze złapaniem piłki. Ogólnie wyszło na to, że cofnięcie się i wyczekiwanie na błędy gości było przemyślaną taktyką Stokowca, bo takich szybkich kontr było w pierwszej połowie dużo więcej. W 23. minucie po wrzutce z lewego skrzydła Udovicicia (albo Mladenovicia) z pierwszej piłki w pole bramkowe odegrał Sobiech, a tam znakomitym szczupakiem Peszko trafił do bramki na 1:0. Przed tą akcją Peszko nie trafił głową w bramkę po dobrej wrzutce Udovićića, a już po niej - Udovićić fatalne przestrzelił po dograniu od Peszki. W 33. minucie po wrzutce z prawego skrzydła Mladenovicia kapitalny strzał wślizgiem oddał stoper Nalepa i było już 2:0 dla Lechii. W 35. minucie Udovicić strzelił głową nad bramką po świetnej wrzutce Peszki. Lechia nie miała posiadania piłki, za to miała akcje. I miała Peszkę, którego jakiś czas temu uważałem już za piłkarza totalnie przegranego, a tego dnia zamknął mi usta absolutnie brawurowym występem.

Aż tu nagle, totalnie z dupy, w ostatniej minucie pierwszej połowy, Lech złapał kontakt. Z lewego skrzydła wrzucił Amaral, a Gytkjaer strzałem głową z 5 metrów pokonał Kuciaka. Gol był dość specyficzny - zamiast uderzać na siłę, Gytkjaer wybrał lob w okienko bramki przy długim słupku. Kuciak właściwie nie ruszył się w tej sytuacji z miejsca, ale i tak nie miałby szans sięgnąć piłki. Tuż po tej bramce sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy.

Druga połowa nie obfitowała w ciekawe akcje, Lechia skupiła się raczej na bronieniu wyniku. W 51. minucie Udovicić zagrał w pole karne do Peszki, ale ten strzelił lekko po ziemi i wprost w bramkarza. Kilka minut później Stokowiec zdjął go z boiska, ponieważ Peszko zarobił w przepychance niepotrzebną żółta kartkę, a następnie w jakimś starciu jeszcze pół drugiej żółtej. W 86. minucie zobaczyliśmy w końcu jakąś akcję gości - strzał z woleja Tomczyka (wprowadzony w 75. minucie za bezbarwnego Jevticia) obronił Kuciak. W 88. minucie Słowak zaliczył jeszcze lepszą interwencję, kiedy po rzucie rożnym niepilnowany Tiba oddał głową strzał w kierunku bliższego słupka. Minutę później obronił również strzał Gytkjaera, a trybuny zaczęły skandować jego imię i nazwisko. To trochę orzeźwiło Lechię, która zaczęła szanować piłkę i przez parę minut grała z piłkarzami Lecha w dziadka - piłkarze Lecha wykazywali takie zaangażowanie, jakby wynik meczu ich urządzał. W doliczonym czasie gry tę padakę podsumował niejaki Djordje Crnomarković, który odepchnął w walce o piłkę Rafała Wolskiego i zarobił drugą żółtą kartkę.

next  prev