 |
Slavia Praha – Baník Ostrava 2:1 (2:1)
01.12.2017 19:30
Eden Arena / Synot Tip Arena, Praha
HET Liga
Widzów:
11.087 diváků
Cena biletu:
310 Kč (normalny, trybuna wschodnia)
| |
Dziś mam w końcu coś ciekawego do napisania: oto Fotbalový Křeček nadaje ze stolicy Czech. Od razu prostuję – nie jestem jeszcze na tyle chory, żeby jeździć do innego kraju specjalnie w celach groundhoppingu. Zresztą, co to za groundhopping na początku grudnia, kiedy w Czechach gra już tylko ekstraklasa. Ale skoro już byłem w Pradze, to poza popijaniem Margotów Kofolą i pogowaniu z metalami na Master’s Hammer postanowiłem wypróbować lokalny futbol.
| | Dotarcie na mecz |
    |
... i to od razu futbol z najwyższej półki – nie wiem, czy wszyscy to zauważyli, ale Slavia Praha jest aktualnym Mistrzem Czech (przyznam się bez bicia, że przeoczyłem to).
Pod stadionem Slavii pojawiłem się dzień przed meczem i o 8 rano – po prostu przyjechałem do Pragi w czwartek, jeszcze przed świtem, doba hotelowa hostelowa rozpoczynała się dopiero o 15, a ja nie mając co z sobą zrobić (ile można siedzieć z bezdomnymi na hlavním nádraží?), wybrałem się zobaczyć stadion. Co prawda nie wiedziałem nawet, jak się tam dostać, ale na szczęście znalazłem na rozkładzie jazdy przystanek Slavia (parę przystanków dalej znajduje się przystanek Bohemians, istnieje też przystanek Sparta), który znajduje się ok. kilometr od stacji metra Strašnice.
Pokręciłem się wokół stadionu, obfotografowałem go ze wszystkich stron, zwiedziłem też znajdujące się nieopodal centrum handlowe (niezbyt lubię tego typu przybytki, jednak znajdowały się tam toalety, Tesco oraz strefa gastronomiczna)… aż w końcu o 10 otworzono znajdujący się na stadionie oficjalny Sklep Kibica. Zakupiłem tam obowiązkowy kubek (150 Kč, ceny dość przystępne) oraz breloczek, a przy okazji rzuciły mi się w oczy szaliki zgodowe Slavii i Levadii. Przynajmniej mi się wydawało, że coś takiego widziałem – być może był to efekt zmęczenia całonocną podróżą do Pragi. Później znów musiałem się pokręcić po okolicy, ponieważ kasy biletowe otwierano dopiero o 12. Muszę przyznać, że byłem nieco zaniepokojony, ponieważ poza polskim dowodem osobistym i nieważnym polskim paszportem nie dysponowałem żadnym dokumentem potwierdzającym tożsamość i nie wiedziałem, czy uda mi się zakupić bilet. Kiedy podszedłem do kasy, miałem już przygotowaną formułkę:
- Good afternoon (…) I’m a citizen of Poland – I’ve got only a Polish Identity Card. Is it enough to buy a ticket for a tomorrow match?
Kasjer był absolutnie zdziwiony faktem, że zacząłem opowiadać mu historię swojego życia i stwierdził, że potrzebuje ode mnie jedynie informacji, w jakim sektorze chciałbym usiąść. I wydrukował mi bilet, na którym nie było nawet mojego imienia i nazwiska. Na mecz Mistrza Czech. Jako osoba, która musiała się legitymować przy kupnie biletu na Broń Radom (IV liga!) byłem w ciężkim szoku.
| | Stadion |
    |
Eden Arena, albo Synot Tip Arena. W sumie to nie wiem, która z tych nazw jest aktualna, ale to mniej ważne. Stadion jest całkiem dobrze wtopiony w lokalny krajobraz (dużo lepiej niż znajdująca się vis a vis galeria Eden), ponieważ murawa znajduje się dobre kilka metrów poniżej poziomu zerowego, tak więc stadion nie jest wyższy od znajdujących się po drugiej stronie ulicy bloków. Ponadto dobrze się kamufluje – od zachodniej strony znajdują się tam biura i kilka odnajmowanych lokali użytkowych, z kolei od północy mamy czterogwiazdkowy hotel Eden (jestem ciekaw jak jest z komfortem wypoczynku w trakcie meczu, ponieważ młyn znajduje się właśnie na trybunie Sever). Dla kontrastu, patrząc na stadion od strony wschodniej (która jest raczej schowana), wygląda on jak squat częściowo pozakrywany banerami.
Z racji tego, że Slavia świętuje w tym roku 125-lecie istnienie, na froncie stadionu znajdują się banery przedstawiające najsłynniejszych Slavistů. Najbardziej podjarałem się faktem, że na jednym z banerów umieszczono Antonina Puča i Františka Pláničkę - od razu przekonałem się do Slavii. Przy okazji, wszystkie tego typu okrągłe rocznice są chyba na Slavii mocno podkreślane, ponieważ pomagają one przypomnieć, że konkurencja (Sparta) została założona cały rok później. Właśnie dlatego na murach bloków w Pradze często można dostrzec napisy „1892” i „1893” z wielokrotnie przerabianymi ostatnimi cyframi.
Stadion liczy ponoć 21.000 miejsc, w środku jest całkiem przyjemny i komfortowy. W pełni zadaszony, z jednolitymi czerwonymi krzesełkami (przełamane szarymi fotelami de luxe na sektorze VIP) i dwoma telebimami… no, po prostu jest to nowoczesny stadion na miarę wiodącego zespołu czeskiej ekstraklasy. Zawsze mam problemy z opisem tego typu obiektów, ponieważ nie mają one w sobie nic specjalnie oryginalnego. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy to znaczny spadek trybun – były one naprawdę strome. Zastanawiam się, czy to nie jest czasem czeski standard, ponieważ na Dukli Praha było podobnie (z tym, że obiekt Dukli Praha jest na tyle specyficzny, że nie można go w żadnej mierze uznać za coś reprezentatywnego, ale o tym kiedy indziej).
Na stadionie można posilić się w miarę standardowymi posiłkami w stylu hot-dog, frytki, czy nuggetsy. Jako prawdziwy kibol zdecydowałem się na hranolki, za które zapłaciłem 35Kč; kečupová omáčka kosztowała kolejne 10Kč. Za to bardzo fajnie wydane programy meczowe były rozdawane całkowicie za darmo.
| | Atmosfera |
    |
    |
Zasiadłem w miarę dobrym miejscu, z którego miałem niezły widok zarówno na sektor gości, jak i na młyn gospodarzy. Goście przyjechali bardzo licznie, prawdopodobnie przekroczyli 1000 osób. Nad wejściem na sektor zawiesili flagę „KONFLIKTNÍ TÝM”, poza tym oflagowali ogrodzenie swojego sektora. Na froncie wisiała flaga o enigmatycznej treści „ZY BO” przy czym „BO” na pewno jest skrótem od „Baník Ostrava”, nie wiem jednak, od czego skrótem jest „ZY”, który to napis powstał w wyniku tego, że flaga „CRAZY BOYS” nie zmieściła się cała na frontowym ogrodzeniu i trzeba było ją złożyć. Była to flaga Gieksy. Ogólnie 20-letnia przyjaźń Baníka z Gieksą to nie byle frazes, ponieważ goście intonowali „Gieksa, Baník” wielokrotnie i aż do znudzenia. Przed meczem, po meczu i oczywiście w trakcie.
Znajdujący się naprzeciw sektor Slavii łączył w sobie elementy młynu i pikniku. Pośrodku trybuny znajdowała się duża grupa ludzi prowadzących aktywny doping, jednak im dalej od środka, tym więcej było widać ludzi mniej zaangażowanych w intonowanie haseł. Na sektorze wisiało parę większych flag („Slavia Praha”, „Slavia” + coś po czesku, czego nie potrafiłem odcyfrować) oraz co najmniej kilka flag „kieszonkowych”, o dużo mniejszych rozmiarach.
Na jakiś kwadrans przed rozpoczęciem meczu Baník po raz pierwszy zaprezentował głośno swoją obecność na stadionie. Przy czym nie był to wcale odpowiednik polskiego „jesteśmy zawsze tam…”, a odpowiednik pewnego zawołania popularnego w województwie łódzkim: „Jebat, jebat, jebat SKS!” Sektor Slavii zaprezentował swoją odpowiedź – nie wiem, czy to regularny pocisk na Baníka, czy coś zaimprowizowanego, w każdym razie odśpiewali w rytmie akukaracza Guantanamera: „Jebat Ostravu, hu-hu-hu, Jebat Ostravu!” Przed meczem z głośników rozległo się coś, co zabrzmiało jak czeska wersja „Forever Young” (nie wiem, czy utwór miał jakiś bezpośredni związek ze Slavią, ale chyba jednak nie), a następnie spiker wraz z kibicami podawał skład spiker czytał imię, a kibice wykrzykiwali nazwisko, za każdym razem trzykrotnie. Śmiesznie to wyglądało w przypadku Danny’ego („Da..!” „…nny!” „Da…!” „…nny!”).
W trakcie meczu kibice obydwu drużyn śpiewali głównie niezbyt skomplikowane rzeczy, ale ja i tak nie ogarnąłem, o czym była większość piosenek – na pewno Slavia śpiewała dość często „Slavie do toho” (czasem też coś, co brzmiało mniej więcej jak „My chcemy gol”). Jeśli chodzi o wydarzenia kibicowskie, mecz zdecydowanie zdominowali jednak goście. Baník gdzieś w okolicach 20. minuty zaprezentował pierwszą oprawę w tym meczu – z sektorówką i kartoniadą. Następnie, po wykonaniu niezbędnych czynności pod sektorówką, dopełniono dzieła pirotechniką. Przy okazji na płocie Baníka zapłonęła jedna flaga Slavii – tyle że taka z rodzaju tych „kieszonkowych”, nie jakaś konkretna. Wszystko wyglądało bardzo fajnie, ale w pewnym momencie race zaczęły latać – na boisko, na bufor, w pikników, w ochroniarzy (jednego nawet poparzyło). Następnie Baník próbował wydostać się z klatki, co wywołało pewne poruszenie na pikniku (z drugiej strony, fani Slavii z trybuny Sever ponoć kręcili się przy buforze i również dążyli do konfrontacji), a wszystko zakończył wjazd policji na sektor gosci i gazowanie. Obydwie trybuny – gości i gospodarzy, zaśpiewały wtedy zgodnie coś, co tym razem zrozumiałem (szczególnie, że leciało to tak samo jak w Polsce): „Český fotbal pro fanoušky” Nie mam nic przeciwko pirotechnice, a przerywanie meczów z powodu zadymienia stadionu jak dla mnie są ciekawym elementem folklorystycznym, który można by wpisać na listę światowego dziedzictwa UNESCO – po oprawie Baníka sędzia przerwał mecz na jakieś 5-6 minut. Co do rzucania racami na boisko, w ochronę, czy w piknik (a od początku meczu rzucano na boisko petardami hukowymi)… to już bynajmniej nie ubogaca kultury.
W drugiej połowie Baník zaprezentował jeszcze jedną oprawę, na którą złożyło się mnóstwo niebieskich i białych podłużnych nadmuchiwanych elementów, których nie potrafię nazwać. Przy ich pomocy zrobiono coś w rodzaju kartoniady i odpalono pozostałą pirotechnikę, co tym razem nie doprowadziło do przerwania meczu ani żadnych tego typu przypałów. Slavia z kolei wykonała flagowisko. W 73. minucie (nie wiem czemu, ale zanotowałem sobie, która to była minuta), Baník zaśpiewał również coś, co brzmiało prawie że dokładnie jak polskie „Pozdrowienia do więzienia”.
Parę minut po ostatnim gwizdku na sektorze Slavii dość niespodziewanie zrobiono konkretne racowisko. Wszystko w związku z ceremonią pożegnania kapitana Slavii, który zdecydował się zakończyć karierę. Aby wytłumaczyć, jak wielkim szacunkiem cieszył się kapitan, muszę ze swoim opisem powrócić do wydarzeń przedmeczowych. Na okładce programu meczowego, który otrzymałem na stadionie, znajdowała się jego sylwetka z podpisem „DIKÝ, KAPITÁNE!”. W środku znajdował się m.in. wywiad z kapitanem, plakat oraz podziękowania od kolegów z zespołu. Przed meczem na telebimach puszczano materiał, na którym piłkarze Slavii dziękowali kapitanowi za trzy ostatnie sezony. Przed meczem otrzymał pamiątkową tablicę (albo inną tego typu pamiątkę, nie dojrzałem dokładnie). Cały mecz przesiedział co prawda na ławce rezerwowych, ale po końcowym gwizdku koledzy z drużyny (wszyscy ubrani w koszulki z napisem „Díky, kapitáne!”) zrobili dla niego szpaler, przez który kapitan udał się na trybunę Sever. Tam stanął na improwizowanym gnieździe, chwycił za megafon i zaczął intonować różne zawołania, a młyn odpowiadał mu. Na koniec pożegnał się z kibicami i oddał im swoją koszulkę. Gdy schodził z boiska, trybuny krzyczały… „Jirka Bílek! Jirka Bílek! Jirka Bílek!” Tak, to ten sam Jiří Bílek, znany z polskiej ekstraklasy. Owszem, był przyzwoitym piłkarzem, ale bardziej niż jego grą media interesowały się nim jako synem trenera Zagłębia. Zresztą, z Zagłębiem pożegnał się w 2014 po spadku z Ekstraklasy i wszyscy zastanawiali się, jak to możliwe, że klubem, który ściągnął go do siebie, była Slavia.
| | Mecz |
    |
Przyznam szczerze, nie oglądam za dużo polskiej ekstraklasy, ale to, co zobaczyłem, prezentowało raczej wyższy od niej poziom. Piłka słuchała się gospodarzy, kleiła im się, grali na pierwszy kontakt, a podania wydawały się całkiem często trafiać tam, gdzie celowali podający. Tak, wbrew pozorom to już dużo. Co ciekawe, pierwszego gola w meczu zdobył Baník. I to takiego, którego nie widziałem nawet w polskich okręgówkach. W 8. minucie goście wyprowadzili kontrę, która skończyła się niezbyt groźnym podaniem do nikogo mniej więcej po linii pola bramkowego. Na długim słupku pierwszy przy piłce znalazł się obrońca Slavii Michal Frydrych, który… kopnął piłkę do własnej bramki. Chciał na wszelki wypadek wykopać piłkę na aut bramkowy, ale zeszła mu ona na tyle, że trafił prosto do bramki. Obrońcy Slavii i bramkarz stanęli jak zamurowani (szczególnie Frydrych), a piłkarze Baníka dopiero po chwili ogarnęli, że mogą świętować gola.
Slavia zaatakowała (w 13. minucie po kotle w polu karnym jeden z piłkarzy Slavii z 15 metrów trafił w słupek) i już po dwudziestu minutach wyszła na prowadzenie. Zrobiła to przy pomocy dwóch niezłych (i nieco szczęśliwych) kombinacji przed polem karnym, które kończyły się wejściem jednego z piłkarzy w pole karne z piłką i strzałem. Martin Šustr w obydwu przypadkach był bliski obrony, ale za każdym razem nie miał szczęścia. Gole strzelali Milan Škoda w 25. minucie i Michal Frydrych w 28. minucie, tym razem już do właściwej bramki. Baník w pierwszej połowie był raczej bezsilny i nie wiem czy w pierwszej połowie oddał jakikolwiek celny strzał na bramkę Slavii.
W drugiej połowie Baník zaczął atakować śmielej i nawet przez jakiś czas przycisnął Slavię (nie przełożyło się to na czyste okazje). Slavia z kolei kontratakowała i robiła to niesamowicie groźnie, a przynajmniej do momentu strzału. Wynik w drugiej połowie nie uległ bowiem zmianie, choć Slavii udało się raz nawet przejąć piłkę podawaną przez bramkarza Baníka (przy okazji, już nie Šustr, a Chmiel, który musiał go zmienić pod koniec pierwszej połowy) do obrońcy (!) w kole środkowym (!!!). Slavia jednak nie dobiła przeciwnika i pod koniec meczu musiała się bronić miała też szczęście, że sędzia nie odgwizdał karnego po kontrowersyjnym starciu Milana Baroša z obrońcą gospodarzy.
A, właśnie, widziałem tego dnia Milana Baroša. I Milana Škodę. I Miroslava Stocha. I wyblakłego już nieco Halila Altintopa. A znany z polskich boisk Tomáš Necid akurat dzisiaj pozostał na ławce rezerwowywch. Nie wiem czemu, zaskoczyło mnie, że na meczu Mistrza Czech zobaczyłem tylu znanych graczy.
|
| |
| |
  
|
|